ZWYCZAJNA RODZINA? - BEZTLENOWCE VILLQISTA W ROZMAITOŚCIACH
Michał Pytlewski, PORTAL INTERNETOWY
W Beztlenowcach Ingmara Villqista widzimy na scenie rodzinę. Para głównych bohaterów ma problemy podobne do tych, jakie trapią wiele współczesnych związków. Próbę budowania szczęścia burzy wspomnienie porzuconej żony i dzieci. Tymczasem za ścianą płacze niedawno adoptowane sześciomiesięczne niemowlę. Niejasna przeszłość, nie zawsze chwalebna, wciąż nie daje spokoju. Sytuacja jest jednak nietypowa, szczególnie w polskich warunkach: tę rodzinę tworzy dwóch mężczyzn.
Zaadaptowana na potrzeby spektaklu stolarnia Teatru Rozmaitości zamienia się w pokój, w którym stoi tylko łóżko, fotel, telewizor i telefon. Sala jest bardzo mała. Widz ma niemal fizycznykontaktzaktorami,widzikażdygrymasnaich twarzy, słyszy najcichszy szept. Wkrada się w najintymniejszy świat bohaterów.
Ich zachowania są dla nas dobrze zrozumiałe. Szukanie miłości przeplata się z lękiem przed utratą najbliższej osoby. Potrzeba czułości i bliskiego kontaktu z potrzebą odpoczynku i bycia przez chwilę samemu. Marek Kalita i Jacek Poniedziałek bardzo prawdziwie tworzą mikroklimat tej nietypowej rodziny. Pokazują piękno uczuć dobrych, ale także wszystkie podskórne nierozwiązane lęki i niepokoje.
Przedstawienie wyreżyserował sam autor, chyba największa nadzieja dramaturgii współczesnej. Podobnie jak i w innych jego dramatach, najważniejszym tematem nie jest jakiś abstrakcyjny problem, na przykład czy homoseksualiści powinni mieć prawo do wychowywania dzieci. Ważne są relacje zachodzące pomiędzy dwojgiem konkretnych ludzi. Właściwie szybko zapominamy o niezwykłości rodziny złożonej z dwóch tatusiów, z których jeden gra rolę matki. Chcemy się dowiedzieć, dlaczego czasem tak trudno im się porozumieć, jaka przeszłość ciągle kładzie się cieniem na ich tak dobrze zaplanowane szczęście.
Życie nie jest łatwe i trudno nigdy nikogo nie ranić. Villqist wierzy, że ludzie mimo wszystko szukają dobra – czasem tylko po omacku. Ta wiara jest czymś nietypowym w naszej nowoczesnej rzeczywistości. Jest jedną z najważniejszych przyczyn sukcesu autora Beztlenowców. Pokazuje, że nawet dziś, gdy zdaniem wielu świat stanął na głowie, zasady dotyczące najważniejszych kwestii pozostały takie same.
Przestrzeń teatralnej stolarni, mimo z konieczności nieco prowizorycznych warunków, jest plastyczna i dynamiczna. Światło, muzyka i gra dwóch aktorów zmienia pokój w zatłoczony bar dla gejów. Reflektorumieszczonyzaoknemjestlatarnią uliczną, ale rano staje się wschodzącym słońcem. Dźwięk deszczu przeplata się z odgłosami warszawskiego ruchu ulicznego. Jeszcze raz okazało się, że do stworzenia dobrego przedstawienia nie jest potrzebna wielka sala czy wielkie pieniądze, a przede wszystkim dobry tekst i dobre aktorstwo.
Teatr Rozmaitości stał się miejscem spotkania trzech artystów, którzy mają szansę zdecydować o kształcie sztuki teatru w najbliższych latach. Czy dyrektorowi – Grzegorzowi Jarzynie, Krzysztofowi Warlikowskiemu i Ingmarowi Villqistowi uda się stworzyć na Marszałkowskiej 8 „mekkę” współczesnego teatru? Jak na razie wygląda na to, że jest to bardzo możliwe.

