Znakomita gra aktorska i precyzyjna inscenizacja

John Smythe, www.theatreview.org.nz

Jest wiele rzeczy godnych pochwały w tym polskim hołdzie dla włoskiego filmu z 1968 roku. W prologu sztuki Paolo (Jan Englert), postać, którą później poznamy jako ojca, odpowiada na pytania „publiczności” (dobra robota trzech aktorów z Wellington). W taki sposób przedstawia nam swoje poglądy na współczesność: że społeczeństwo jest skazane na zagładę, bo wszyscy konformistycznie dopasowują się do rządzących światem norm kapitalistycznych, że telewizja publiczna, kontrolowana przez demagogów, narzuca pewne ideologiczne obrazy, że kościół jest wytworem konieczności, a oczekiwanie na pocieszenie nie ma sensu. Paolo-przemysłowiec broni dzieła swego życia i osiągniętej zamożności. Pytany, czy wierzy w Boga, odpowiada trzykrotnie: „Nie rozumiem pytania”.

Pod koniec sztuki wyświetlane są na ekranie sondy uliczne, w których zwykli ludzie odpowiadają, czy wierzą w cuda i co nazwaliby cudem we własnym życiu.

To, co rozgrywa się przez ponad 120 minut między tymi scenami, można potraktować jako opowieść ku przestrodze: „uważaj, czego pragniesz”. Ta wierna replika artystycznego filmu Pasoliniego z 1968 roku pod tytułem „Teoremat” ukazuje, co się dzieje, kiedy przypadkowy, obcy element wtargnie do beztroskiego środowiska wyższej klasy średniej.

Późniejsze filmy, które poruszały podobne tematy, to „Szósty stopień oddalenia” (nieznajomy wkracza do życia dobrze sytuowanych, zadowolonych z siebie ludzi i zmienia ich na zawsze) lub „Wystarczy być” (potrzeby, pragnienia i przekonania postaci odbijają się w człowieku – „pustym płótnie”, wielbionym przez bohaterów).

Pustkę życia rodzinnego ma tu obrazować zastosowanie konwencji „działania w zwolnionym tempie” oraz trzech powtórzeń: kiedy Paolo pracuje nad swoją korespondencją, jego żona Lucia (Danuta Stenka) pieczołowicie nakłada makijaż, córka Odetta (Katarzyna Warnke) czesze się / robi zdjęcia / pokazuje ojcu album, a syn Pietro (Jan Dravnel) czesze włosy / uczy się i pokazuje ojcu, co napisał, a ten poprawia to bez słowa / przedstawia poprawioną wersję i brak odpowiedzi uznaje za aprobatę. W tym czasie niedoceniana służąca Emilia (Lidia Schneider) podaje kawę.

Podobnie jak w „The Letter Writer” pojawia się tu również komiczna postać listonosza Angiolino (Rafał Maćkowiak) wzdychającego do Odetty, która trochę z nim flirtuje. Ale on rzecz jasna nie jest dla niej odpowiednią partią. To właśnie Angilino doręcza podczas śniadania telegram: „Przyjeżdżam jutro”.

Zamiast obserwować, jak każdy z członków rodziny czeka na swego „Godota”, możemy zobaczyć, co się dzieje, kiedy bezimienny Gość (Sebastian Pawlak) pojawia się w ich domu. (Mógłbym tu wstawić ostrzeżenie: uwaga, spoiler!, jednak nie to, co się dzieje jest dla widza największą wartością, ale to, jak to jest zrobione w sensie teatralnym.)

Emilia jako pierwsza domaga się jego uwagi, a potem jego ciała, zamaskowawszy swój święty wizerunek. Pietro, dzielący z nim pokój, odkrywa, że jest gejem. Lucia wyzwala swoje stłumione seksualne pragnienia w scenie, w której bardzo ciekawie grają papierosy, dym i kieliszki.

Gość posłusznie spełnia ich pragnienia, upewniwszy się, czy rzeczywiście tego chcą. Ale w przypadku Odetty to on robi pierwszy ruch, a ona nań odpowiada. Choć w obecności Angiolino twierdzi, że mężczyźni jej nie interesują i uprzedmiotowia Gościa, fotografując go (zresztą jej album jest pełen męskich portretów), to w końcu zdaje sobie sprawę z uczuć, które ów nieznajomy w niej budzi.

Paolo, widząc swego syna w łóżku z Gościem, jest zszokowany, ale nie tyle na gruncie moralnym, co raczej ze względu na uświadomienie sobie, że intymność znikła z jego własnego życia. Nieznajomy jest mu potrzebny do gry w piłkę, czego, jak podejrzewam, nigdy nie miał czasu robić z Pietro.

Wszystkie te sceny są wkomponowane w scenografię zbudowaną przez Magdalenę Maciejewską z wielkich skrzyń ze sklejki i oświetlone przez Jacqueline Sobiszewski, towarzyszy im muzyka z epoki (Jacek Grudzień i Piotr Domiński). Spektakl jest czytelny, wyrazisty i zniewala uwagą dla szczegółów, a jego forma współgra z surową oceną przedstawianej rodziny i jej świata, oceny zgodnej z wizją obu reżyserów – Pasoliniego i Jarzyny.

Nowy telegram, obwieszczający: „Wyjeżdżam jutro”, prowokuje wypowiedzi każdego z członków rodziny na temat Gościa lub skierowanych bezpośrednio do niego. Zdaniem Paolo, Gość pojawił się, by dokonać zniszczeń: „Czego ode mnie chcesz? Ciebie nie ma i nigdy nie było!”, co może odnosić się zarówno do niego jako do postaci (będącej wytworem zbiorowej imaginacji), jak i do stylu życia oraz wartości, jakie reprezentował. Albo do obu tych rzeczy jednocześnie.

Odetta robi freudowską autoanalizę: skoro on zastępował jej ojca, kto teraz zastąpi jej jego? Pietro przyznaje, że dzięki niemu stał się inny niż wszyscy. Lucia uzmysławia sobie, że nic jej nie interesuje, że jej życie jest puste: „Uschłabym bez Ciebie. Gdzie chcesz mnie popchnąć?”. A Emilia po prostu pakuje się i wyjeżdża.

A zatem, czy przeżycie to daje każdemu z nich siłę do wzięcia odpowiedzialności za swoje życie i do uczynienia go bardziej spełnionym? Niestety nie. Każde z nich dezintegruje się na swój sposób: Odetta popada w katatonię, Lucia staje się nimfomanką, ofiarą gwałtu zbiorowego (gdyż w ten sposób pisarze płci męskiej na ogół karzą postacie kobiece domagające się wolności, które są normą w świecie mężczyzn), Pietro usiłuje zostać artystą i popada w obłęd, Paolo rozdaje swoim pracownikom majątek i firmę, wydaje swój pierwszy krzyk w nowym życiu i kończy nagi, drżący, w pozycji embrionalnej.

Emilia siedzi na długiej, ozdobnej sofie (poczekalnia u Boga?), gdzie odwiedza ją dziecko, które odbiera jej bagaż, a potem siada koło niej. Według jednej z interpretacji filmu Pasoliniego, Emilia dokonuje cudu (co pasuje do tematu sondy ulicznej), ale mnie to nie przekonuje, chyba że to właśnie jej odejście wywołało autodestrukcję próżnujących bogaczy i to miałoby być tym cudem.

Jest taka pamiętna scena, w której ptaki siadają na drutach telegraficznych wiszących nad sofą, podczas gdy listonosz Angiolino, niczym tańczący ptak, umizguje się do Emilii, aż ta nagłym skrzekiem odstrasza jego i wszystkie pozostałe ptaki.

Moment finałowy (po wielu momentach, które odbierałem jako zakończenia) zawiera długą, autorefleksyjną mowę Angiolino o bezkresnej, niezmiennej, monotonnej i pełnej powtórzeń pustyni. „Jedność pustyni nie pozwala nam spać i nie pozwala nam się obudzić” – konkluduje bohater.

Podsumowując, „T.E.O.R.E.M.A.T.”, niezwykle precyzyjnie wykonany spektakl, wypala wyraziste obrazy w naszych siatkówkach i przypomina, że lepiej nie aspirować do ukazanego tu stylu życia.