WARLIKOWSKI MIĘDZY WINĄ A PRZEBACZENIEM

Armelle Heliot, LE FIGARO

Polski reżyser przedstawił „Anioły w Ameryce" Tony'ego Kushnera. To jeden z najmocniejszych momentów festiwalu w Awinionie. Blask rozgrzanych do białości południowym słońcem kamieni w Awionionie razi tych, którzy czuwają do późna w nocy. Zza okularów słonecznych spojrzenie jest bardzo jasne, prawie przeźroczyste, a jednak przenikliwe. U Warlikowskiego wszystko wydziela intensywną energię. Na dziedzińcu Liceum Saint Joseph polski reżyser zaprezentował spektakl, który powstał zimą w Warszawie: „Anioły w Ameryce" Tony'ego Kushnera.
Do Awinionu przyjechał wcześnie, by 11 lipca dla France Culture przeczytać fragment z właśnie ukazującej się książki „Teatr zdarty", pod redakcją Piotra Gruszczyńskiego. Warlikowski już wielokrotnie gościł na festiwalu: „Hamlet" w 2001, „Oczyszczeni" w 2002, „Krum" w 2005 roku. I gdyby nie to, że w 2003 festiwal został odwołany, można by było odkryć „Dybuka" kilka miesięcy wcześniej niż dopiero zimą w Paryżu. Kilka tygodni temu mieliśmy okazję oklaskiwać w paryskiej Operze jego „Sprawę Makropulos", w poprzednim sezonie zaskakującą inscenizację „Infigenii w Taurydzie". Fascynacją tego wielkiego Europejczyka, który część swego wykształcenia odebrał na Sorbonie i był asystentem Petera Brooka, jest literatura. Wszelka literatura. Mierzył się już z tragedią antyczną i wielkimi klasykami, zwłaszcza z Szekspirem. Obecnie ze świadomością eksploruje repertuar współczesny. Mówi po francusku z łatwością i precyzją. Podąża na przód i bez wahania wyraża prawdę. Jest artystą obdarzonym przenikliwą inteligencją i niesłychaną wrażliwością. Śmiało realizuje wyznaczone przez siebie artystyczne cele. Swoje refleksje głęboko osadza we współczesnym świecie.

Jeśli wybrał „Anioły w Ameryce", to dlatego że jest przekonany, że to dzieło niesie w sobie coś uniwersalnego. Najmniej interesuje go w tym dramacie problem AIDS. W swoim przedstawieniu skupia się na kwestii poczucia winy i przebaczenia. Oczywiście, jest ona wpisana w historię konkretnego społeczeństwa. Jednak siła tej inscenizacji tkwi w sposobie, w jaki Warlikowski podejmuje i przekracza wpisany w tekst kontekst historyczny.

Poetyka korozji.
Warlikowski z właściwą sobie świadomością i mocą analizuje nie tylko tematy zapisane w dramacie, ale także ich ozdobną konstrukcję. Opowiadana równolegle historia dwóch związków, jednego niszczonego przez AIDS, drugiego przez valium i kryptohomoseksualizm męża, jest istotą prowokacyjnego tekstu Kushnera. Jego prowokacyjność potęguje aktualny kontekst społeczno-polityczny w Polsce. Kraju, w którym niektórzy politycy chcą na przykład, zakazać homoseksualistom wykonywania zawodu nauczyciela, w którym waga religii jest wielka, ideologia zagłusza zdrowy rozsądek, a agitacja kapitalistyczna sieje tak wielkie spustoszenie. Kraju w którym z kanonu lektur szkolnych wycofuje się wielkiego pisarza Witolda Gombrowicza.

Warlikowski wie, że w dramacie Kushnera jest i Warszawa sprzed lat, i ferment refleksji krytycznej. Pewna poetyka korozji, którą odnajduje wszędzie, u Szekspira i Sary Kane, u Eurypidesa i Bernarda-Marie Koltesa, żywi teatr, który Warlikowski kocha. Nie umyka mu nic. Jego intuicje są głębokie. Zawsze znajduje dla nich zachwycający teatralny ekwiwalent.

Zarówno rozpoczynający sztukę monolog Rabina, o rozbijającym społeczeństwo rozkładzie rodziny, jak i dialog, w którym mormon informuje swoją matkę o tym, że jest homoseksualistą, są niezwykle aktualne w dzisiejszej Polsce. Reżyser ma tego świadomość. Temu, co jest prawdziwe w jego ojczyźnie, nadaje charakter uniwersalny i właśnie to wydobywa w swojej interpretacji „Aniołów w Ameryce". Sprawia, że jego przedstawienie, staje się bez wątpienia najważniejszym momentem tegorocznej edycji festiwalu w Awinionie. Dodatkowym kontekstem, w który wplątani jesteśmy podczas przedstawienia, jest tragedia Adama Falkiewicza, muzyka, kompozytora pracującego przy powstawaniu „Aniołów". Jako homoseksualista, który chorował na AIDS, popełnił wiosną tego roku samobójstwo. Jego pogrzeb był okazją do napiętej konfrontacji w kościele. To równie przerażające jak to, o czym mówi ta sztuka.

Warlikowski poświęcił swój czas na obejrzenie kilku spektakli festiwalowych. Jest zaniepokojony spokojem francuskich intelektualistów i ich konformizmem, z którego nie rodzi się głębsza refleksja. Dopiero z zagranicy przyjeżdżają na festiwal ci, którzy naprawdę mają coś do powiedzenia: Rodrigo Garcia czy Afrykańczycy. Warlikowski wie co nieco, o trudnościach w realizacji swoich projektów w Polsce. Ale to tam chce żyć, myśleć, pracować. Tam są jego wrogowie, a to bardzo sprzyja tworzeniu teatru. (...)