W braku przyszłości
Dirk Pilz, BERLINER ZEITUNG
Myśleć, myśleć, myśleć. Głowa wciąż myśli. Całe życie to w końcu jedno wielkie przetaczanie się myśli, jakby człowiek nie myślał sam, tylko w czaszce wirowała mu jakaś paskudna maszyna. Źle jest, kiedy nie znajduje ona oparcia. Pojęcia i kategorie się mieszają, rozsądek ustępuje miejsca szaleństwu. Jest to okropne, ale też śmieszne, bo kiedy myśli potykają się o siebie, powstają najwspanialsze iskry szaleństwa.
Piękny przykład takich okrutnych śmieszności – albo śmiesznych okrucieństw, jak kto woli – dostarcza dramat Między nami dobrze jest polskiej autorki Doroty Masłowskiej. Przenosi nas on do małego mieszkania polskiego bloku, gdzie w strasznej ciasnocie żyją trzy pokolenia kobiet: babcia, która wciąż mówi o wojnie, matka, ciągle gotująca leczo, i córka, zwana Małą Metalową Dziewczynką. To ona twierdzi, że: „między nami dobrze jest”. To oczywiście jawne kłamstwo. Matka czyta ilustrowane czasopismo „Nie dla Ciebie” i znajduje tam pomocną wskazówkę kulinarną: „Masz prawo rzygać z innych powodów”. Kiedy rozlega się pukanie do drzwi, babcia sądzi, że to przyszła druga wojna światowa, a córka jest wciąż wysyłana do swojego „braku pokoju”. Na pewno nie jest tu dobrze. Sąsiadka mówi, że jako „gruba świnia” nie wychodzi z domu, bo nie chce się szwendać ludziom po ich polu widzenia; reżyser marzy o swoim filmie „Koń, który jeździł konno”, aktor ubóstwia wino, blondynka bycie blondynką, prezenterka aktora, który jednak – „Niesprawiedliwość jest taka niesprawiedliwa!” – pozostaje przy winie. Dorota Masłowska napisała sztukę zaludnioną postaciami, które we wszystkim, co robią, dają się poznać jako upojeni orędownicy świata, którego sens wypadł z ram: „W braku przyszłości znów nie pojedziemy na urlop”, mówi matka; „Dokąd pojedziecie?”, odpowiada sąsiadka.
Jednak w tym szaleństwie z artyzmem stworzonym przez Masłowską jest nie tylko dowcip, ale i metoda: autorka utrzymuje, że rysuje w ten sposób obraz współczesnej Polski, stan realnie istniejącego absurdu. Motto: „Każdy chce jakoś nie żyć”.
Masłowska, urodzona w 1983 roku, od czasu napisanej w wieku 18 lat powieści Wojna polsko-ruska pod flagą biało-czerwoną cieszy się w Polsce wręcz nadrealną sławą, bo jej przechodzący w satyrę absurdalny realizm najwyraźniej trafia w nerw powszechnego samopoczucia. W zasadzie wszystkie jej teksty dotyczą bowiem kwestii polskiej tożsamości, także Między nami dobrze jest, jej druga sztuka.
Grzegorz Jarzyna, urodzony w 1968 roku, także sławny w polskim teatrze, wyreżyserował w TR Warszawa prapremierę sztuki, a Schaubühne – za co możemy być wdzięczni – zaprosiła ten spektakl na swój międzynarodowy festiwal poświęcony tożsamości i historii. Jarzyna uchwycił niejako duszę tego tekstu i wydobył jego surrealistyczny rdzeń: podchodzi do tego dramatu nie tylko od jego dowcipnej strony, ale pozwala mu także zabłysnąć jako tragikomicznej, wyzutej z realizmu farsy. Trzy ekrany, brzęcząca muzyka, animowane dodatki i sposób gry oparty na ironicznej aluzji sprawiają, że spektakl w cudownie wieloznaczny sposób oscyluje między powagą i żartem. Tylko z finałem reżyser sobie nie radzi, co zrozumiałe, bo w finale sztuka Masłowskiej skręca nagle w kierunku tonu skargi właściwego tragedii: „Chleba, chleba, chleba!” – jęczy córka, wspominając drugą wojnę światową, i przywołuje w ten sposób zdemontowaną wcześniej autodefinicję Polaków jako narodu ofiar. Jakby całe to spiętrzone szaleństwo znało tylko jedno miejsce ujścia: ojczyzna jest tam, gdzie ustaje myślenie.

