Udręczony umysł

Sarah Hemming, FINANCIAL TIMES

Ocena: **** 

4.48 Pychosis Sary Kane jest jednym z najbardziej bolesnych tekstów dramatycznych, jakie kiedykolwiek napisano. Cierpiąca na depresję kliniczną dramatopisarka popełniła samobójstwo niedługo po napisaniu tego utworu. Choć nie można utożsamiać go dosłownie z autobiografią autorki, to z pewnością rysuje ponury obraz do głębi udręczonego umysłu, co sprawia, że ciężko się go ogląda na scenie.

Niezwykłe w tej sztuce jest to, że mimo iż była pisana u progu śmierci, jest spójna jako utwór dramatyczny. Jest pełna czarnego humoru, przepięknych lirycznych ustępów oraz przenikliwej szczerości, która głęboko wzrusza i wyjątkowo niepokoi. Jej forma odpowiada treści: płynny, pozbawiony struktury tekst wydaje się pasować do naznaczonej traumą osobowości głównej bohaterki. Tekst zmienia swój kształt, przechodzi od monologu do wielogłosu i nigdy nie przypisuje kwestii konkretnej postaci czy postaciom.

Taka struktura jest zarazem szansą i wyzwaniem dla reżysera. Żeby wystawić tę sztukę trzeba samodzielnie przydzielić role i, podobnie jak główna postać oraz jak sama pisarka, odnaleźć własną drogę do pokonania tego koszmarnego doświadczenia.

Grzegorz Jarzyna, kierujący polskim zespołem TR Warszawa, poprzez cięcia i montaż tekstu nadaje mu narracyjny kształt i zabiera widza w podróż przez życie i śmierć młodej kobiety. Jesteśmy świadkami spotkań kobiety z jej przyjacielem, potem z lekarzem, potem kochanką, a w końcu widzimy, jak coraz bardziej pogrąża się w rozpaczy. Ale nigdy nie ma pewności, czy osoby, które spotyka, są realne, czy są wspomnieniem, czy też może to inne wcielenia jej samej. Podczas spektaklu na ścianie wyświetlane są pozornie przypadkowe liczby, przypominające odliczanie.

To przepięknie wyrzeźbione przedstawienie, wymownie oświetlone przez Felice Ross, z przygnębiającą, szpitalną scenografią Małgorzaty Szcześniak, napędzane przez wspaniałą, rozdzierającą rolę Magdaleny Cieleckiej, która ukazuje swoje wnętrze na oczach publiczności. Na początku jest blada, spięta i zdenerwowana, a kończy półnaga, z pustym wzrokiem, żałośnie wołając: „dostrzeżcie mnie”.

Pierwsza inscenizacja Jamesa Macdonaldsa z 2000 roku była według mnie bardziej poruszająca: w sposób bardziej stonowany i oderwany od cielesności wprowadzała w świat zdezorientowanego umysłu. Polski spektakl wywołuje raczej współczucie niż poczucie zagubienia. Przedstawienie niewystarczająco uwydatnia ważną rolę dowcipu i rozsądku, uderzających niczym grom. Reżyser ma jednak znakomite pomysły (zwłaszcza poruszające spotkanie kobiety z sobą samą w młodym i starym wcieleniu) i nadaje boleśnie fizyczny kształt bezkompromisowemu tekstowi Kane.