To było dokładnie czterdzieści lat temu
Richard Thomson, www.scoop.co.nz
W latach sześćdziesiątych mieliśmy do czynienia z prawdziwie wysokim stanem wód, jeśli chodzi o kino introspektywne i egzystencjalne przetaczające się po świecie z prędkością lodowca; kino, którego już nikt nie robi ani też nie ogląda, a i w przeszłości nikt inny nie potrafił tworzyć filmów tak jak Włosi: Visconti, Antonioni, Fellini oraz Pier Paolo Pasolini.
Polski reżyser teatralny Grzegorz Jarzyna zaadaptował film Pasoliniego z 1968 roku Teorema, nadając mu nieco zmieniony tytuł T.E.O.R.E.M.A.T. Spektakl stanowi dziwny kontrapunkt dla innego wcześniej prezentowanego przedstawienia Brzmienie ciszy [Alvisa Hermanisa z Nowego Teatru w Rydze]. Obie grupy teatralne z Europy Wschodniej mają diametralnie różne podejście do kwestii seksu i zmian społecznych, które nastąpiły w latach sześćdziesiątych.
W obu produkcjach seks to działanie wywrotowe. Jednakże podczas gdy w Brzmieniu ciszy obalona zostaje ponura, autorytarna i inwigilacyjna machina ZSRR, w sztuce T.E.O.R.E.M.A.T. sytuacja jest niemal całkowicie odwrotna, gdyż dramat ten dokumentuje dezintegrację rodziny bogatego włoskiego przemysłowca w wyniku wizyty gościa, który uwodzi każdego z domowników po kolei, pokazując im możliwości samospełnienia, a także uroki życia wolnego od konwencji i ograniczeń nakładanych przez rodzinę, będącą jednym z przejawów gospodarki kapitalistycznej.
Jeśli cokolwiek umiejscawia spektakl w latach sześćdziesiątych, oprócz nieskalanie modernistycznej scenografii i kostiumów, to pomysł, że seks stanowić może zagrożenie dla społeczeństwa konsumpcyjnego i zaawansowanego kapitalizmu. Dziś wystarczy tylko przyjrzeć się Włochom Anno Domini 2010, gdzie partia premiera Silvio Berlusconiego nadal oskarżana jest o śmierć Pasoliniego – który zginął w 1975 roku z rąk młodego człowieka, z którym zawarł znajomość na tle seksualnym, chociaż spekuluje się także o podłożu politycznym tej sprawy (Pasolini wzywał do postawienia przywódców rządzącej partii prawicowej Włoch przed sądem, czego Berlusconi po czterdziestu latach nadal stara się uniknąć).
I dlatego właśnie T.E.O.R.E.M.A.T. można uważać za dramat z minionej epoki, chociaż jest on także przypomnieniem, że nawet zdyskredytowane idee (Pasolini był jednocześnie katolikiem i marksistą) wciąż mają coś nowego do pokazania.
To, co zachwyciło mnie w sztuce, to nieugięta staranność w dokumentowaniu upadku postaci. Mniej więcej w połowie spektaklu tajemniczy gość wychodzi, a w drugiej części (chociaż nie ma przerwy), kiedy tylko pomyślisz sobie, że dla tych, którzy pozostali gorzej już być nie może, natychmiast robi się gorzej. W sztuce niewiele jest słów, ale pod koniec padają gęsto i szybko.
Dla mnie zbyt szybko, by zrozumieć tekst napisów, cieszyć się wspaniałym językiem polskim tak bogatym w spółgłoski i jednocześnie chłonąć oszczędną, choć złożoną inscenizację. Być może nie miało to zresztą znaczenia; obrazy werbalne odzwierciedlały elektroniczny połysk startującego samolotu, ostatecznie wymiatając pozostałości wyparcia i kryzysu egzystencjalnego, by w końcu pozostawić nas w zaskakująco optymistycznym nastroju. Bo przecież na drutach telefonicznych śpiewają ptaki, a wokół rozbrzmiewają słowa – czyż nie prawdziwe przesłanie lat sześćdziesiątych? – „Love, Love".

