Technologia wobec uciekającego życia

Timothy Ramsden, REVIEWS GATE

Podobno nigdy nie czujemy się tak źle, jak o 4.48 rano, kiedy problemy wydają się nierozwiązywalne, a wola życia jeszcze śpi. Nigdy nie nastawiajcie budzika na tę godzinę (a co mają począć pracownicy nocnej zmiany?).

Niektórzy nawet nie przeżywają tej godziny, tak jak dwie błyskotliwe kobiety teatru, które umarły przed trzydziestką: Buzz Goodbody, założycielka sceny The Other Place przy Royal Shakespeare Company, wyreżyserowała wychwalaną inscenizację „Hamleta”, po czym popełniła samobójstwo w 1975 roku, oraz dramatopisarka Sarah Kane, której testamentem był właśnie scenariusz Psychosis.

Charles Dickens opisał kiedyś ich fizyczny odpowiednik – postać, która marznie, choć rozpala wszystkich dookoła. Na polu zawodowym zarówno Goodbody, jak i Kane miały przed sobą wiele sukcesów, kwitnącą karierę, a jednak życie było dla nich nieznośne. Można to opisać, ale nigdy do końca się tego nie zrozumie.

Życie wycieka też w gościnnym spektaklu TR Warszawa (po polsku z angielskimi napisami) wraz ze słabnącym z minuty na minutę poziomem energii, odliczanym od 100. Odrzucanie w złości każdego, kto się troszczy i towarzyszy umieraniu, oraz fizyczne pożądanie przepełnione agresją prowadzą do oddzielenia bohaterki od reszty świata ścianą z pleksi. Potem następuje samookaleczenie (jedyne, co sprawia przyjemność), wodospady odliczanych liczb, poczucie wewnętrznego rozpadu, nagi apel do kogokolwiek, kto wysłucha, a ostatecznie wszystko to skutkuje cichym wycofaniem z życia na raz, dwa, trzy.

Technologicznie i teatralnie pomysłowa, monumentalna inscenizacja Jarzyny koncentruje się na indywidualnym krajobrazie wewnętrznym. Po odsunięciu innych ludzi w scenie otwierającej przedstawienie (desperacki akt, choć względnie normalny w porównaniu z tym, co dzieje się później) następują genialne, wielkie teatralne gesty, które wydają się pełne wysiłku. Wyjątek stanowi kilka cichych momentów: kiedy protagonistka siedzi w plamie światła w rogu sceny albo kiedy w poruszającym obrazie finałowym głos, światło i życie jednocześnie zamierają. Pozostaje tylko twarz, ale i ona jest ledwo widoczna.

To przywodzi na myśl Becketta – lodowaty krajobraz z „Końcówki” i usta odcinające się od czarnego tła z Nie ja. Ale w tym przypadku nie są to beckettowskie usta, bo brakuje zacienionej postaci Słuchacza, do którego można się zwrócić. Zresztą same usta nie chcą już więcej mówić. Właśnie w tych momentach, pozbawionych technologicznych efektów, przedstawienie najbardziej przybliża się do „stojącej, czarnej wody” z tekstu Kane.