Rodzina, której nie było
Olga Jegoszyna, NOWYJE IZWIESTIA
Polski reżyser Grzegorz Jarzyna pokazał życie w przeddzień trzeciej wojny światowej.
Polska realizacja „Między nami dobrze jest” TR Warszawa zamyka program „Maska Plus” festiwalu teatralnego „Złota Maska”. Już teraz można powiedzieć, że spektakl słynnego Grzegorza Jarzyny według sztuki młodej polskiej autorki Doroty Masłowskiej był największym wydarzeniem artystycznym festiwalu teatralnego i naszej teatralnej wiosny.
Do młodej polskiej pisarki Doroty Masłowksiej popularność przyszła w wieku dziewiętnastu lat, kiedy została opublikowana jej pierwsza powieść „Wojna polsko-ruska pod flagą biało-czerwoną”. Jej nową sztukę „Między nami dobrze jest” wziął do realizacji jeden z najlepszych reżyserów dzisiejszej Europy Grzegorz Jarzyna.
Grzegorz Jarzyna należy do rzadkiego typu reżyserów – stalkerów, których interesują pytania niemające odpowiedzi i te strefy ryzyka w ludzkiej świadomości, do których trudno się dostać i skąd niemal nie można powrócić. W swojej inscenizacji sztuki „4.48 Psychosis” Sary Kane badał psychologię samobójstwa i rozpadu osobowości. Tym razem w sztuce „Między nami dobrze jest” interesuje go ideologiczny rozpad własnego kraju – Polska zagubiona w nowej europejskiej przestrzeni i własnej historii.
Sama Dorota Masłowska mówi, że sztuka „Między nami dobrze jest” to jej pierwszy tekst, w którym: „nie piszę »O, w jakim strasznym, nudnym kraju żyjemy!« Przeciwnie, to moje utwierdzenie samej siebie jako Polki i mojej polskości, która w obecnych czasach jest całkowicie wyśmiana, wdeptana w błoto i pojmowana jest, przynajmniej przez moje pokolenie, jako wada, jako policzek od losu”.
Miejsce akcji – sypialna dzielnica Warszawy. Czas akcji – epoka dzikiego kapitalizmu. Osoby dramatu – typowe klisze postaci współczesnej dramaturgii: trudna nastolatka; zwariowana matka; babcia, która żyje wspomnieniami o młodości, kiedy w Wiśle można było się kąpać; przyjaciółka matki, zajmująca się rozdawaniem ulotek reklamowych; awangardowy reżyser, który nie jest w stanie ukończyć epokowego dzieła filmowego „Koń, który jeździł konno”; aktor – narkoman; prezenterka telewizyjna; zakompleksiona bizneswoman.
Bohaterowie Masłowskiej porozumiewają się zwichniętym językiem gazetowych reklam i blogów internetowych z dokładnie obliczoną dawką absurdu, jakby ktoś niewidzialny przełączał fale radiowe: bloki tekstowe jednego programu mieszają się z tekstami drugiego. „Tę mielonkę pradawną z Tesco nie wyrzucasz, tylko obierasz z pleśni, jeśli jest już śliska to podsmażasz, po czym tniesz na kilka plastrów szynki parmeńskiej. Mam na nie sposób, jak ich nie jeść, to w ogóle nie czuć zjełczałym.” (cytuję z pamięci).
Grzegorz Jarzyna zbudował na scenie lśniącą przestrzeń, przypominającą wnętrze statku kosmicznego. Świecące ściany pokoju-pudełka, na których tak wygodnie można malować światłem, jak dziecko kredą, albo puszczać kadry kroniki wojennej. Lśniąca podłoga, po której babcia jeździ na wózku inwalidzkim, a dziewczynka na wrotkach. Z tym europejskim sterylnym hi-tech zatrważająco nie harmonizuje dwoje obskurnych drzwi na proscenium: jedne wiodą do toalety, w której niebezpiecznie szumi woda, a drugie – na dwór, skąd zjawiają się najbardziej nieoczekiwani goście. W kącie trzeszczy czarno-biały telewizor. Na szarym stoliku poustawiano zaskakujące przedmioty minionej codzienności: jakieś okopcone aluminiowe garnki, wyświechtane czasopisma, deskę do krojenia i masę innych rupieci. Jak wyjaśnia Metalowa Dziewczynka – bohaterka sztuki, walka z ubóstwem codzienności jest bardzo prosta: trzeba albo zrównać ten wielopiętrowy rozpadający się blok z wielkiej płyty z ziemią i przeprowadzić się do penthouse’a (co kosztuje zbyt wiele), albo powybijać całą rodzinę i zostać samemu. Jeśli oba wyjścia wam nie pasują, a życie tutaj jest nie do zniesienia – pozostaje ucieczka do idealnego świata fantazji.
Matka z koleżanką wzdychają nad powszechnie panującą drożyzną i w upojeniu słuchają o czasach, kiedy wszyscy ludzie na ziemi byli Polakami: Niemcy byli Polakami, Francuzi byli Polakami, Rosjanie byli Polakami i wszyscy żyli dobrze i wszystko działo się na chwałę Bożą. Syn zanurzył się w filmowych rojeniach i jak nie udziela wywiadu, to spotyka się z wielbicielami. Nastoletnia bohaterka – Metalowa Dziewczynka – wyobraża sobie, że w ogóle nie jest Polką, tylko Europejką, która przypadkowo znalazła się w tym strasznym kartoflanym kraju i nauczyła się języka polskiego z kaset i programów telewizyjnych. Że jej matka – to nie matka, brat – to nie brat, a babcia – to wcale nie babcia. Babcia natomiast nieustannie wspomina dzień, kiedy Niemcy zbombardowali Warszawę.
Na ścianach pokoju pojawiają się bombowce, rozbrzmiewają odgłosy rozrywających się pocisków. A następnie babcia z wnuczką w jednakowych sukienkach, z jednakowo zaplecionymi płowymi warkoczami próbują odnaleźć bliskich, a natykają się tylko na ich szczątki… Próbują odnaleźć dom, ale napotykają tylko jego gruzy. Nie ma już ani tego domu, ani tej rodziny, ani babci, która zginęła owego pamiętnego dnia, kiedy Niemcy bombardowali Warszawę. Teraz jej wnuczka musi na nowo nauczyć się zbierać całościowość samej siebie i całościowość własnego kraju, a czasu na to zostało niewiele: do drzwi nieustannie dobija się dziwna dama – trzecia wojna światowa.

