Requiem dla nadziei
Marina Dawydowa, IZWIESTIA
A czy była Polska?
W ramach Międzynarodowego programu festiwalu „Złota Maska” mogliśmy obejrzeć spektakl fantastycznego polskiego reżysera Grzegorza Jarzyny „Między nami dobrze jest”. Po katastrofie, która wydarzyła się pod Smoleńskiem, to przejmujące teatralne requiem dla nieszczęsnego kraju napełniło się jeszcze bardziej gorzkim i przerażającym sensem.
To, że polski teatr w drugiej połowie XX wieku stał się niemal najpotężniejszy w całej Europie, było jasne i wcześniej: tylu znakomitych reżyserów naraz: Jerzy Grotowski, Tadeusz Kantor, Andrzej Wajda, Józef Szajna, Konrad Swinarski, Jerzy Jarocki, Krystian Lupa – wątpliwe, żeby znalazło się w najnowszej historii jakiegokolwiek innego kraju. To, że polski teatr do tej pory trzyma poziom i markę, staje się jasne teraz, kiedy w końcu – rzadko, ale celnie – zaczęto do nas przywozić spektakle nowego pokolenia polskich reżyserów. Pierwszeństwo wśród nich (przynajmniej moim zdaniem) wiedzie uczeń Krystiana Lupy, czterdziestoletni Grzegorz Jarzyna. Jego organicznego wyczucia sceny, pracy z aktorami, umiejętności przekładania najbardziej skomplikowanych dzieł dramatycznych na język teatru mogą pozazdrościć najwięksi, najszacowniejsi mistrzowie.
Sztuka o niepokojącym tytule „Między nami dobrze jest” pióra wschodzącej gwiazdy polskiej dramaturgii Doroty Masłowskiej w sposób oczywisty kontynuuje tradycje teatru absurdu, w tym polskiego absurdu – od Gombrowicza i Witkacego do Mrożka i Tadeusza Różewicza. Ale jednocześnie dramat ten jest parodią zapełniającej nasze sceny społeczno-interwencyjnej „czernuchy”.
Akcja sztuki Masłowskiej toczy się w zawalonym rupieciami jednopokojowym mieszkaniu w bloku, gdzie za drzwiami z prawej strony zatruwa powietrze śmietnik, a zza drzwi z lewej strony nieustannie słychać szum spłuczki. W tej kawalerce mieszkają trzy pokolenia polskich kobiet: babcia na wózku inwalidzkim, wnuczka na wrotkach i mama, czytająca znalezione w koszu na śmieci ubiegłoroczne kolorowe pisemko „Nie dla ciebie”. Do codziennych plotek i kłótni obywatelek wkracza mieszkający po sąsiedzku scenarzysta, piszący scenariusz niszowego filmu artystycznego o chłopaczku z prostej robotniczej rodziny, którego wszyscy krewni, co do jednego, chorują na raka. A do tego przebijającego się do pierwszego wątku – wątku drugiego z kolei wnika dziennikarka telewizyjna prowadząca rozmowę z aktorem narkomanem, który zagrał główną rolę czy to w nakręconym, czy w końcu nienakręconym modnym filmie sąsiada scenarzysty. Cały ten pączkujący w naszych oczach fabularny galimatias przeplata się tęsknotą trzech bohaterek za lepszym życiem i historiozoficznymi rozmyślaniami o miejscu Polski we współczesnym świecie i w historii całej ludzkości.
Jarzyna umieścił społeczną „czernuchę” Masłowskiej w przestrzeni absolutnie glamour, przydającej dziejącemu się na scenie absurdowi jeszcze więcej jego dawki. Tutaj ubogie babcia i wnuczka zamienione zostały w dwie blondyneczki z warkoczykami, noszące jednakowe kwieciste sukienki z drogich butików (wypisz wymaluj Śnieżynki w okresie letnim), a ich ubogie mieszkanko – w sterylne studio, w jakich zwykle nagrywa się talk-show. Śnieżnobiałe ściany studia ozdabia kolorowa grafika – raz na białym tle pojawia się narysowany żyrandol, potem taboret, albo inny element nieładnej codzienności, loedy indziej wyświetla się kronika Drugiej Wojny Światowej. Efemeryczność przedmiotów znajduje wzmocnienie w tekście. „Idź do swojego braku pokoju”… „Pamiętasz, jak nie byłam we Francji”… „A my w tym roku nie pojedziemy nad morze”… Stopniowo staje się jasny niepokojący sens tej efemeryczności. Masłowska i Jarzyna podają w wątpliwość nie tylko istnienie taboretów, pokoi, kolorowych gazetek i filmu o rodzinie robotniczej. Oni podają w wątpliwość istnienie samych bohaterów (bliżej finału okazuje się, że babcia jeszcze w młodości zginęła w czasie bombardowania Warszawy, czyli nie mogła mieć córki i wnuczki), a w końcu i swojej ojczyzny. I tu pojawia się główny mrożący krew w żyłach temat tego spektaklu.
Przecież Polska, zadziwiająca i przepiękna Polska, z pewnością w większym stopniu niż jakikolwiek inny kraj – to kraj – mit, kraj – iluzja, kraj – fantom. Podzielony na części, zżerany przez kompleksy, stale żyjący w jakimś romantycznym i bohaterskim porywie… Ten poryw czuje się u Henryka Sienkiewicza, w jego górnolotnych, patriotycznych powieściach, które znają niemal na pamięć polscy uczniowie. W wielkim filmie Andrzeja Wajdy „Popiół i diament”. I w chwytającym za serce „Polonezie Ogińskiego”. I chyba we wszystkich utworach Chopina. Szczególnie, co oczywiste, w genialnej Sonacie fortepianowej b-moll op. 35 z jej ograną przez rozstrojone orkiestry dęte na cmentarzach Marche funebre. Cóż to, jeśli nie requiem dla utraconych polskich nadziei? Niemilknące potężne requiem… Kawaleria przeciwko niemieckim czołgom, jeden z szablą przeciwko nieprzyjacielskiej konnicy, wieczna walka z większymi siłami wroga, wieczna świadomość walki skazanej na porażkę, wieczny ból, wieczna pycha, wieczna gotowość do ofiary, gorączkowa miłość do ojczyzny, przechodząca w ksenofobię – to jest Polska. Ten ból, te kompleksy, ta mitologia, ta pycha co jakiś czas przechodząca w samoponiżanie, okazują się dla Polaków bardziej rzeczywiste od samej rzeczywistości. Łatwiej im żyć w przeszłości niż w teraźniejszości. „A czy istnieje Polska?” – jakby pytają nas i siebie Jarzyna i Masłowska. A może to taki niewidzialny gród Kitież, który dawno zszedł pod wodę? I odpowiemy na to: tak, istnieje. Bo jeśli kraj ma taką zdolność do autorefleksji i autoironii, jeśli ma tak zadziwiająco dobry, utalentowany teatr, to znaczy, że i sam kraj istnieje. To znaczy, „jeszcze Polska nie zginęła”. To znaczy, między nimi – wierzę w to – dobrze będzie!

