PUSTYNIA BOGA

Łukasz Drewniak, PRZEKRÓJ

Grzegorz Jarzyna prowadzi „T.E.O.R.E.M.A.T" według Pasoliniego, jakby wolno kartkował strony albumu z rodzinnymi fotografiami

Spektakl zaczyna się konferencją prasową. Bogaty, stateczny biznesmen Paolo o budzącej zaufanie twarzy Jana Englerta wygłasza bardzo słuszne opinie na temat kapitalizmu, telewizji publicznej, społeczeństwa. Ale kiedy ktoś pyta: „Czy wierzy pan w Boga?", odpowiada zdumiony: „Nie rozumiem pytania". Sens jego konfuzji dotrze do nas dopiero podczas następnej sceny bez słów, trzykrotnie powtórzonej.

Letni poranek. Wysoki, przeszyty ciepłym światłem pokój. Lucia (Danuta Stenka) maluje się przed lustrem. Dzieci (Katarzyna Warnke i Jan Dravnel) czeszą włosy, Paolo przegląda dokumenty za biurkiem. Za chwilę on wyjdzie do pracy, oni będą czekać na jego powrót. Jest w tym obrazie harmonia, rodzinna miłość i muzyka. Jarzyna każe się przyglądać tej scenie tak długo, dopóki nie odkryjemy skrytej za pięknymi pozorami pustki. Póki nie zaczniemy dostrzegać, że jest coś ważniejszego niż dobro, spokój, porządek, które tworzą świat Paola. Po co tu Bóg? Przecież jest wszystko.
A jednak wdziera się tu Obcy. Nie wiadomo, kim jest (zbawicielem? złym duchem?) i czy w ogóle istnieje. Zwiastowany telegramem „Jutro przyjeżdżam" nieznajomy młodzieniec (Sebastian Pawlak) stanie się częścią tej rodziny, uwiedzie wszystkich łącznie ze służącą Emilią (Jadwiga Jankowska-Cieślak). Pawlak demonstracyjnie nie gra Kusiciela. Jest raczej kimś, kto naśladuje innych bohaterów, ich gesty i pragnienia. A pojawia się wtedy, kiedy potrzebuje go drugi człowiek. Reżyser podkreśla wagę duchowej przemiany bohaterów. Każdy z nich na swój sposób przekracza siebie. W filmie Pasoliniego po odejściu tajemniczego gościa wszyscy zamilkli, bo nie było słów na rozpacz i opuszczenie, jakie nagle poczuli. U Jarzyny scena pożegnania przeradza się w intymną spowiedź każdej z postaci. Jakby obcy nauczył mówić całą rodzinę. I teraz słyszymy ich psalmy i ewangelie miłości. Chłopiec zostanie artystą, służąca świętą, córka popadnie w katatonię, matka znajdzie zapomnienie w seksie z nieznajomymi.

Gęsty i skupiony spektakl Jarzyny rozlewa się w głowach widzów jak rtęć po podłodze. Nawet w najbardziej klarownej scenie jest miejsce na migotanie Boga, niejednoznaczność przesłania. Długo nie można uwolnić się od obrazów i słów, mimo że weszły w nas lekko i nieinwazyjnie. Reżyser deklaruje, że „teatr służy do opowiadania historii, a jak historia jest dobrze i prawdziwie opowiedziana, daje nam ukojenie, reguluje rzeczywistość".
Jarzyna prowadzi ten spektakl, jakby wolno kartkował strony albumu z rodzinnymi fotografiami. Zachwyca się zatrzymaną w kadrze chwilą, nastrojem, refleksem światła, detalem ubioru bohatera. Płynnie łączy style narracyjne, każde przełamanie konwencji jest stopniowo przygotowane. Nie ma dawnej, typowej dla jego teatru nerwowości asocjacji, zestrojów, zgrzytów i przeskoków. Aktorzy zostali wyciszeni. Inną funkcję niż kiedyś pełni teraz muzyka, inny jest montaż scen. Reżyser nie epatuje intuicjami, ale mówi tylko to, co wie. Mądrze pokazuje, że da się przeprowadzić teatralny dowód na istnienie Boga, ale już sam wynik tego równania zaskakuje. Bóg, owszem, istnieje, ale poza tym nic się nie zgadza. Bo Bóg to pustynia. Zaczyna się tam, gdzie życie nie ma żadnych szans. Daje śmierć i spokój. Euforię absolutnej pustki i smutek samotnej agonii. Paolo oddaje swoją fabrykę robotnikom i umiera na pustyni. „Pustynia nie pozwala zasnąć ani się obudzić" - powiada kudłaty komik Angiolino, najbardziej tajemnicza postać przedstawienia - może anioł, może zwykły posłaniec. Ucharakteryzowany na ulubionego aktora Pasoliniego Rafał Maćkowiak patrzy na klęskę bohatera i tłumaczy sens cierpienia. Ale tak naprawdę Boga rozumie tylko wtedy, kiedy na twarz padnie mu promień słońca. Jest ciepło. Żyję.