PRYWATNY STAN WOJENNY

Paweł Goźliński, TEATR

Myślałem, że to już zamierzchła przeszłość: te zabawy w schrony przeciwatomowe, projektowanie kryjówek przed uderzeniem NATO albo Układu Warszawskiego - wszystko jedno. Kredowe linie na ścianie wskazujące drogi ewakuacji, tajemne kody naznaczające przestrzeń napięciem i lękiem. Przyczajone ruchy, ostrożne gesty - stan wyjątkowo wyjątkowy. Wszystkie te zabawy mojego dzieciństwa zobaczyłem znowu na małej scenie TR. Trochę się zmieszałem, bo nie do końca zrozumiałem, czego się boją dzieci, które dzisiaj bawią się w wojnę?

Odpowiedzi szukałem w prasie codziennej i tygodniowej. Ale im się dostało za te zabawy. Najbardziej chyba od Jerzego Koeniga. Napisał o Michale Bajerze (autor dramatu "Strefa działań wojennych") i Natalia Korczakowska (reżyserka, która wystawiła ten tekst na finał projektu TR/PL), że nieudolnie naśladują dramat absurdu, że to jakiś post-Ionesco czy post-Genet, tylko się kupy nie trzyma. Do głowy mi to nie przyszło. Miałem raczej poczucie, że oglądam na scenie mały teatr mniejszego realizmu i jeszcze mniejszej metafory. Ale jak to realizm? Jak to mała metafora skoro cała przestrzeń sceny, na której przenikają się codzienność zwyczajnej polskiej żyjni (jest nawet coś w rodzaju kibelka z górnopłukiem) i klimat oblężonego bunkra, zdaje się jedną wielką metaforą (w finale sznurek od górnopłuka zmieni się oczywiście w stryczek). Będę się jednak upierał, że w gruncie rzeczy Bajer pisał bez oglądania się nie tylko na Eugène’a Ionesco ale także "Władcę much" i innych klasyków "ciemnej gry", w której nieważkość zabawy pokazuje swój agresywny rewers. Pod spodem majaczyły mi raczej kontury podwójnej diagnozy: psychologicznej i społecznej.
Nie, żebym zaraz w dramacie, który miał być "podsłuchiwaniem rzeczywistości" (to formuła z niepodpisanego wstępu do zbioru dramatów, owoc projektu TR/PL) szukał jakiegoś wielkiego raportu czy manifestu pokoleniowego. Chodzi mi raczej o kilka mikroobserwacji, które nie chcą pozostać na poziomie podsłuchanych szumów świata. Zresztą nie sprawia mi frajdy wsłuchiwanie się w szum. Weźmy więc jedną z pierwszych sytuacji (w dramacie na próżno szukać aktów czy scen, nawet kulminacji - "rzeczywistość" przelewa się przez scenę niemal nie napotykając oporu): z i b rozmawiają o przyszłości:
z: Nie powinieneś dłużej pracować u mamy. Powinieneś spróbować, rozejrzeć się,
b: Kiedy patrzę przez okno na miasto.
z: popytać trochę.
b: Kiedy patrzę przez okno na miasto, całe miasto przykrywa płaszcz,
z: Poczytać ogłoszenia,
b: pod którym wszystko jest ładne i czyste
z: spróbować znaleźć. Ja próbuję. Normalną, dorosłą pracę. Jak chcesz, to jutro pójdziemy do biura. To się nazywa biuro zatrudnienia i tam pójdziemy.
Z mówi jak do dziecka, prosi, łasi się. Bez skutku. B jest gdzie indziej. Od początku jest. Najpierw z pomocą kredy i packi na muchy prowadzi małą operację wojenną, a kiedy z próbuje się do niego zbliżyć, nawiązać kontakt, przytulić - ucieka. Bliskość go pociąga i jednocześnie przeraża więc znowu zanurza się w tę swoją grę, która jest najskuteczniejszym sposobem, żeby dopieścić dziecko w sobie. Ulubioną w niej rolą jest indiański wojownik, jego kodeks b będzie z rozkoszą recytował. Zwłaszcza zasadę obrony namiotu: "Jednym z podstawowych zadań indiańskiego wojownika była obrona własnego namiotu przed Obcym". To doskonałe alibi: b musi bronić domu, więc nie może go opuścić na krok. Nie pozwoli się wyrwać z chłopięctwa: nie przeczyta ogłoszeń o pracy, gazeta niepostrzeżenie znajdzie się wśród śmieci. W końcu stworzy system ekonomicznie całkiem racjonalnych uzasadnień, by nigdy nie wyjść na zewnątrz: "Rachunek jest prosty: po co mam przesiadywać miesiącami na zewnątrz, urabiać sobie rękawy w jakimś obcym, brzydkim miejscu, jeśli lwia część tego, co zarabiam, służy utrzymaniu armii ludzi, którzy zajmują się moim mieszkaniem w godzinach, w których mnie tam nie ma".
"Wyszedłem" stanie się w jego języku zaklęciem: "...ostatnio wyszedłem. I Serdla wyszedłem ze sobą. Wyszedłem Serdla na spacer. Najpierw wychodziliśmy w ogrodzie. Grzecznie w ogrodzie wychodziliśmy". Ale im więcej tych "wyszedłem", tym bezruch jest doskonalszy. Aż do zupełnego zamrożenia emocji i gestów.

Pokolenie 1200

Jakoś w tym samym czasie, co premiera "Strefy..." ukazał się reportaż Wojtka Staszewskiego (Duży Format, 29.05.2006) o pokoleniu 1200 zł brutto (pomysł jest ogólnoeuropejskiej, choć we Włoszech czy Hiszpanii mówią o pokoleniu 1000 euro). Formuła - trzeba przyznać - atrakcyjna, choć socjologowie się zżymają, że to raczej medialna kreacja niż akt autentycznej autoidentyfikacji. Tak czy inaczej rzeczywiste położenie pokolenia 1200 atrakcyjne wcale nie jest. Jestem ich naturalnym wrogiem. Bo - jak twierdzą - mają szansę na zawodowy i społeczny awans, dopiero kiedy wymrą dzisiejsi trzydziestoparolatkowie, dzieci turbokapitalizmu. Tylko że w dzisiejszych dwudziestoparolatkach nie ma morderczych instynktów, rewolucyjnych nastrojów, nawet wielkiej pretensji do świata. Mówią o sobie tylko, że nie mieszczą się w stereotypach serialu "Na plebanii" (biedacy bez perspektyw) ani z "Na Wspólnej" (świetnie ustawieni średnioklasowcy). Nie przeklinają wolności ani wolnego rynku, raczej rodziców. Uważają, że to oni zabrali im wiarę w siebie, poprzerzucali swoje kompleksy i obawy przed wolnością. A jednocześnie są od starych głęboko uzależnieni. Ich największe marzenie: wyprowadzić się z domu, choć to graniczy niemal z cudem. Bo za co wynająć mieszkanie? Albo jak dostać kredyt z dochodem nieco powyżej 1000 brutto - często na jakąś szemraną umowę, a nie etat. Ale problem polega też na tym, że trudno się wynieść z domu, gdy ojciec na życzenie podżyruje kredyt, matka zawsze czeka z obiadem i obetrze zafajdaną buzię jedynaka. A do tego to starzy płacą za kablówkę, Internet i kurs angielskiego. "Jak być mężczyzną w sensie społecznym z pensją jak kieszonkowe?" - pytają i mówią, że są żywymi biletami do Anglii. Obiecują sobie, że w końcu wyrwą się z rodzinnego ciepełka. Ze schronu.

Ale nie wszyscy. Niektórzy się zasiedzieli. Tak jak bohaterowie Bajera. Tkwią starym na głowie, odgradzają się od świata demarkacyjnymi liniami ścian i prywatnych rytuałów, uciekają po staremu przed wolnością i po nowemu przed odpowiedzialnością a do tego nakręcają w sobie spiralę lęków społecznych. Aż do granic klaustrofobii i manii prześladowczej.

Jak zagrać kwant energii?

Nie wiem, na ile istotne było dla Michała Bajera diagnozowanie społecznej i psychologicznej - za przeproszeniem - kondycji własnego pokolenia. Nie do końca da się też z jego tekstu wyczytać, w jakim stopniu owa diagnoza miała być krytyczna, a na ile "współczująca". Autor zrobił wszystko, by utrudnić odpowiedź. W jaki sposób? Żeby to opisać, musimy najpierw zobaczyć, jak spotykają się w "Strefie..." elementy społecznej diagnozy z próbą psychologii małego, prywatnego stanu wojennego.
Kluczem jest tu trzecia litera – postać dramatu - a. W wersji reżyserskiej "Strefy..." to matka z. A i z: kobiety na skraju załamania nerwowego, a jednocześnie na antypodach wzajemnego zrozumienia. Ich emocje hulają jak na huśtawce. Pełna ambiwalencja, wojna i pokój: z najpierw będzie próbowała ukręcić łeb matce, potem położy sobie jej głowę na kolanach i pełna troski i chyba miłości gładzić ją będzie po siwych włosach.

Ale tak to już jest z tymi starymi - zdaje się mówić Bajer. To oni nas nauczyli tego emocjonalnego rozchwiania sprzecznymi sygnałami bezgranicznej miłości i równie bezgranicznej frustracji. Dawkowaniem bliskości i dystansu. Jak więc mamy odnaleźć, zaakceptować jakąkolwiek jednoznaczność? Jak uspokoić dygot pretensji i oskarżeń? Jak nie uciekać przed wojną emocji do bezpiecznego schronu, gdzie powietrze odfiltrowywane jest z kotłujących się uczuć? Jak wyjść na zewnątrz?

Tak docieramy do sedna niejasności wpisanych w "Strefę...", bowiem ten patologiczny model relacji jest wzorem dla konstrukcji dramatu i to on odpowiada za jego autyzm. Tekst Bajera zbudowany jest bowiem z rozminięć, w których każda myśl, każdy kawałek diagnozy zostają zaszyfrowane. Żadnego dialogu, same zakłócenia. To w gruncie rzeczy trzy równoległe monologi, które ktoś najpierw podzielił na akapity, a potem, mieszając jeszcze między sobą zmienił w pozór rozmowy. Można zająć się ich rozplątywaniem, rekonstruowaniem ze strzępów narracji biograficznych opowieści (na przykład aferalnej historii, w którą uwikłana jest a). Ale przecież przekrzywione i oddalone od swoich desygnatów zdania niosą przede wszystkim coś innego niż znaczenia.

Jak to coś opisać? Może tak: każde słowo w "Strefie..." - znów na zasadzie totalnej ambiwalencji - chce być ucieczką przed kontaktem albo rozpaczliwą próbą wejścia w maksymalną bliskość, odpychającym gestem albo próbą wtulenia się w kogoś innego (nawet z b, narzeczony z. całować się będzie z jej matką). Tu nie ma znaczenia kto jest kim, jaka jest jego przeszłość, motywacje czy charakter. Na scenie nie ma postaci tylko jakieś amorficzne kwanty energii psychicznej w grze przyciągania i odpychania.

Znacznie trudniejsze jest pytanie: jak to wszystko zagrać? Emocje zawieszone ponad postaciami i sensy zaszyfrowane do tego stopnia, że nigdy nie jest się pewnym, czy kryptolog nie zwariował. I tu zaczyna się największy kłopot. Bo zdekodowane strzępy diagnozy Bajera mogą się jednym wydać dostatecznie głębokie, innym przeraźliwie banalne. Jedni będą próbować sobie odpowiedzieć "o czym to?", inni pozostaną na poziomie "podsłuchiwania rzeczywistości". Jedni będą chwalić "porozrzucaną" konstrukcję, inni powiedzą, że to bełkot.

Ale aktorzy nie mają wyjścia: muszą nadać swoim literkom psychofizyczną za przeproszeniem całkowitość. I mają z tym wyraźny problem. Bo żeby pokazać komunikacyjną katastrofę, zagęszczającą się sieć psychicznych uzależnień, czyjeś myśli krążące coraz bliżej wokół samobójstwa (ta spłuczka-stryczek musi po staremu jakoś na scenie wypalić) - nie wystarczy porozrzucać słowa i zdania. Napięcie nie zrobi się samo. Jak rozumiem, na scenie wiele miało się dziać między słowami. W rytmie i w paradoksalnych spotkaniach wypowiedzi trójki bohaterów. Niestety, między słowami nie iskrzyło. Nie z winy aktorów, bo jakby ponad tekstem, a właściwie przeciwko niemu próbowali się jednak na scenie wzajemnie słuchać. I radzić sobie z amorficznością bohaterów. Maria Maj, jako a, starała się zamazać kontury postaci i uniknąć psychologicznych gotowców. Odwrotnie niż z, Agnieszka Podsiadlik, która zbudowała spójny portret córki za wszelką cenę usiłującej być przeciwieństwem matki. Obie strategie, choć nieźle pomyślane, okazały się nieskuteczne. Najuczciwszy był Rafał Maćkowiak, który sprawiał wrażenie, że nie wie w czym i co gra.

W gruncie rzeczy wszyscy twórcy "Strefy...." chcieli pokazać klaustrofobicznie domknięty mikrokosmos, z którego na zewnątrz dobiegają tylko nieuporządkowane głosy. To się udało. Jednak za zbyt wysoką cenę. Bo zamiast odzyskanego "kontaktu teatru z rzeczywistością" (taki był zamiar autorów programu TR/PL) dostaliśmy raczej świadectwo potrójnego -socjologicznego, psychologicznego i estetycznego pomieszania. Taka jest rzeczywistość i takie jest jej teatralne odbicie - ktoś odpowie. Ale tautologiczne reagowanie chaosem na chaos nie jest najlepszą metodą. Gdyby w "Strefie..." znalazło się chociaż miejsce na dystans, ironię... No, może nie do końca, bo przecież to muchy są jedynym realnym zagrożeniem dla bohaterów.