PODRÓŻ KOLEJĄ DO GŁOWY "IDIOTY" DOSTOJEWSKIEGO

Jean Pierre Leonardini, L'HUMANITE

Festiwal w Awinionie. Po „Iwonie, księżniczce Burgunda", polski reżyser Jarzyna zaprezentował nam kolejne wspaniałe i udane przedstawienie - „Księcia Myszkina". Wszystko zdaje się dziać w marzeniach głównego bohatera, będącego niewinnym i zagubionym w społeczeństwie okrutnie prozaicznym. Krytycznym.

Kilka dni temu mówiliśmy same najlepsze rzeczy o tym, co myślimy o wystawieniu „Iwony, księżniczki Burgunda" przez młodego, polskiego reżysera Grzegorza Jarzynę, który zwykł opatrywać każde dzieło innym imieniem. Tym razem, w przypadku „Księcia Myszkina" na podstawie "Idoty" Dostojewskiego, zdecydował się nazwać Mikołaj Warianow. Nie będę rozwodził się nad tą potrzebą zmieniania maski patronimicznej. To dodaje jeszcze więcej uroku nieprzeciętnemu talentowi. Wszystko toczy się tak, jakby przedstawienie rozgrywało się w głowie księcia epileptyka, niewinnego, prawie świętego, powracającego ze Szwajcarii do ojczystej Rosji po nieudanej próbie kuracji. Tak więc to, co się rozgrywa na scenie, zdaje się być owocem jego wybujałej wyobraźni. Począwszy od rozdarcia pomiędzy dwiema kobietami - Agatą Iwanowną Jepanczyną, córką generała, i Nastazją Filipowną, utrzymanką, na widok której mężczyźni wzdragają się, a skończywszy na jego relacjach z urojonymi rywalami i rzeczywistymi postaciami z powieści występującymi w sztuce.

Eksplozja tej wizji, od początku do końca niepodważalnej, ma powodować przede wszystkim ekstremalnie napiętą pod każdym względem grę, którą bez zbytniego udziwniania można by określić jako „realizm obłąkany". Synkopowana reżyseria, bez końca na ustalonej krawędzi załamania psychicznego jest podobna księciu (Cezary Kosiński). Jasnowłosy, o długich kończynach, raz uśmiechnięty w skrytym pożądaniu czystości, innym razem skulony, aby nie zemdleć. Scena nieuniknionego ataku epilepsji jest w swej prawdziwości niemalże przykładem naukowym, jest w niej co najmniej coś upiornego. Wszystko zdaje się mieć naturę rozbudzonego koszmaru połączonego z nagłą poranną jasnością świata w chwili, gdy oświecony bohater przeczuwa szczęście, które nie jest z tej ziemi. Koncepcja muzyczna zespołu jest zadziwiająca. Muzyka Azji i Afryki, pieśni gardłowe, falsety bałkańskie i rosyjskie wykrzykują paroksytyczne zdania do psyche młodego człowieka, nieskończenie bezbronnego w obliczu okrucieństwa i podłości tych, których napotyka na swej drodze, którym nie waha się ofiarowywać całej swej dobroci.

Można przyjąć w dobrej wierze, że „Książę Myszkin" stanowi niejako dopełnienie „Iwony, księżniczki Burgunda". Jest nawet w tych dwóch dziełach pewne pokrewieństwo dzięki spojrzeniu Jarzyny. Czyż Iwona, pusta forma, w której dwór odzwierciedla swą własna ohydę, nie jest małą, przeklętą siostrą Idioty? Obydwoje są objawicielami poniżonymi przez społeczeństwo.

Wysławiając te dwie ofiary, Jarzyna subtelnie demaskuje, z jak największą żywiołowością plastyczną, ideologię leżącą u podstaw nie tylko społeczeństwa, w którym on ewoluuje, lecz również naszego. Nie pozostaje nic innego, jak tylko uczynić ideał z czystości Myszkina lub niemej miłości Iwony do królewskiego syna, który się z niej naigrywa. Rozważania polityczne (aby użyć wielkich słów, które Jarzyna odrzuca, pochodząc z Polski, gdzie było to długo pustym synonimem posłuszeństwa władzy) przemieniają się poprzez poetykę scen kierowanych ręką mistrza. Mówiąc o mistrzach wspomnijmy, że dla Jarzyny jest nim nikt inny jak sam Krystian Lupa, którego „Bracia Karamazow" zostawili nas tej zimy w Odeonie z otwartymi ustami.