"Patrz jak znikam. Patrz na mnie"
Lyn Gardner, GUARDIAN
Ocena: ****
„Patrz jak znikam. Patrz na mnie.” I patrzymy, choć nie jest to łatwe. W ostatniej sztuce Sary Kane wystawionej przez TR Warszawa o tytułowej 4:48 nad ranem krzyżują się jasność widzenia z rozpaczą osamotnienia. Cienie wkradające się na scenę porywają aktorkę Magdalenę Cielecką tak, że raz ją widzimy, raz nam umyka. Aż chciałoby się krzyknąć: „łapać złodzieja!”. Ale zamiast tego siedzimy w milczeniu, dopóki nie zapalą się światła. Wtedy podnosimy się z krzeseł, mrugając oczami, oswobodzeni z niepokojącej halucynacji, jaką zaserwowała nam inscenizacja Grzegorza Jarzyny.
W przeciwieństwie do większości wznowień sztuki Kane, Jarzyna traktuje ją jak dramat bohaterów, napędzany motorem autobiografii. Cielecka to Kane ostatniej nocy swego życia, wściekła, zdesperowana, ale kurczowo trzymająca się życia. Konfrontuje się ze swoimi demonami, z lekarzami, z kochankami, a nawet z sobą samą we wcieleniu dziecka i nagiej starszej kobiety. Nie da się zaprzeczyć, że to niepokojący obraz o ogromnej sile dramatycznej, chociaż konwencja listu samobójczego przeczy tezie, że 4.48 Psychosis jest w takim samym stopniu opowieścią o kobiecie walczącej o życie, jak i o kobiecie pragnącej umrzeć.
Spektakl zapewnia wieczór pełen mocnych wrażeń, tak mocnych, że prawie nie do zniesienia, dodatkowo potęgowanych przez upiorną, szpitalną scenografię Małgorzaty Szczęśniak, przez industrialne efekty dźwiękowe przyprawiające o szybsze bicie serca i przez głos zawodzący „When I Fall In Love”, co stanowi ironiczny kontrapunkt do nieustannego błagania głównej bohaterki o miłość. Równie nadzwyczajne jest oświetlenie według projektu Felice Ross, ze tunelami i plamami światła, które potęgują koszmar tej złowieszczej wersji „Alicji w Krainie Czarów”. Lecz to wszystko byłoby zaledwie powierzchowną dekoracją, gdyby nie przenikliwa poetyckość, ból i humor tekstu Kane, nie mówiąc już o kreacji Cieleckiej – tak płomiennej i dzikiej, że nawet kiedy pogrąża się w mroku wciąż można dostrzec jej rozognioną twarz.

