NIECIEKAWY UWODZICIEL

Jacek Marczyński, RZECZPOSPOLITA

W "Giovannim" Grzegorz Jarzyna kusi, prowokuje i gorszy. Ale nie dajmy się zwieść. Jego spektakl nic nie kryje w środku.

Pierwsza scena co prawda fascynuje. Anna - symbol seksu - nie ma w sobie nic z bohaterki Moliera i Mozarta. Gdy przychodzi Giovanni, nie zamierza się bronić. Jak typowa współczesna kobieta jest świadoma swego wdzięku i wie, jak się nim posługiwać. Grzegorz Jarzyna pokazuje, że zanikła dawna subtelna sztuka uwodzenia, wieloznacznych spojrzeń, finezyjnego dialogu. On i ona wiedzą, o co im chodzi, zatem od razu przystępują do działania. Lecz jeśli nie ma subtelnych erotycznych intryg, co pozostaje? Czysty seks? Kim zatem jest dzisiaj Giovanni - przez stulecia symbol uwodziciela odrzucającego wszelkie zasady?

Intrygujące pytania pozostaną bez odpowiedzi. I sam reżyser nie bardzo wie, jaki trop intelektualny mógłby podpowiedzieć widzom. "Giovanni" rozpada się na szereg scenek, niektóre są dopracowane w każdym szczególe, inne - zwłaszcza te z udziałem większej liczby aktorów - wyraźnie nie. Wszystkie stanowią jedynie szkic do opowieści, która nie powstała.

Bohaterowie bez rozterek

Postaci kreślone są prostą grubą kreską: płaczliwa Elvira (Maja Ostaszewska), osiłek Masetto (Eryk Lubos) i włóczący się za nim ziomale, wulgarna Zerlina (Roma Gąsiorowska), współczesna panna młoda, którą z tłumu weselnych gości wyłowił Giovanni. Nawet Leporella (Cezary Kosiński) nie gnębią żadne rozterki, choć w oryginale to postać kierująca się własną mądrością. Tylko Anna ma intrygującą wieloznaczność, ale Danuta Stenka potrafi przykuć uwagę widza nawet wówczas, gdy przez cały spektakl nie mówi słowa.

Współcześni bohaterowie Jarzyny nie ujawniają swych myśli, ich celem jest kolejna chwilowa przyjemność. Zbyt prosta to jednak diagnoza, w te ramy nie daje się wcisnąć Giovanni mimo usilnych starań Andrzeja Chyry. Trudno zresztą uwierzyć, że tym bohaterem nie kierują żadne myśli. Jeśli tak miałoby być, dlaczego reżyser - wiernie trzymając się akcji z opery Mozarta - wprowadza nieobecną w niej postać jego ojca? Giovanni go wyśmiewa, ale zdaje sobie sprawę, że istnieje świat innych wartości, które on reprezentuje. I dlaczego w finale pojawia się jednak duch Komandora? Kim jest i czyje wyroki chciałby wyegzekwować? Kolejne pytanie bez odpowiedzi, bo Giovanni uniknął zemsty pokonany przez bulimię, symbol naszych konsumpcyjnych czasów. Szkoda jednak, że tylko tyle ma o nim do powiedzenia od siebie Grzegorz Jarzyna.

Opera wkracza na scenę

Spektakl w TR miał też być - wedle zapowiedzi - spotkaniem teatru z operą. I to rzeczywiście wypadło najciekawiej. Jarzyna sięga do fragmentów "Don Giovanniego" Mozarta, aktorzy udają, że śpiewają, świetnie posługując się playbackiem. Opera wkracza na scenę, gdy bohaterowie zaczynają toczyć między sobą grę lub gdy gwałtownie uzewnętrzniają namiętności. Oryginalny pomysł okazuje się jednak tylko efektowną zabawą w teatr. Pełniej i ciekawiej portret Giovanniego potrafiło wcześniej przedstawić wielu reżyserów operowych.

Długo oczekiwaną premierą Grzegorz Jarzyna zaprezentował się jako reżyser, który chce widza zaskoczyć, zaszokować. Golizna męska i damska jednak już spowszedniała, seks także. A scena, kiedy Giovanni morduje Komandora, tłukąc jego głową o brzeg wanny, nie dorówna temu, co na co dzień serwują media. W salzburskim spektaklu "Don Giovanniego" Martina Kušeja wstrząsający nie był moment zabójstwa, lecz to, co nastąpiło tuż po nim. Przerażony Giovanni szukał w ciemnościach Leporella, bo bardzo potrzebował obecności kogoś bliskiego. Sztuka nie powinna bowiem przedstawiać faktów, ale badać, jak wpływają one na człowieka. Tego najbardziej zabrakło mi w "Giovannim".