NAWIEDZONE ŻYCIE „ANIOŁÓW W AMERYCE”

René Solis, Libération 

Zawsze ten sam puls, jak serce, które nie przestaje bić przez całą długość trwania spektaklu, te same przytłumione dźwięki co w „Oczyszczonych" Sarah Kane i „Krumie" Hanocha Levina, wcześniejszych przedstawieniach polskiego reżysera prezentowanych na festiwalu w Awinionie. Teatr Krzysztofa Warlikowskiego to przede wszystkim to melodyjne uderzenie, które wydaje się trwać nawet gdy muzyka ustaje, głos wewnętrzny, który wybrzmiewa przez prawie 6 godzin, bo tyle trwa całość „Aniołów w Ameryce", sztuki Tony'ego Kushnera, zaprezentowanej na dziedzińcu Liceum Saint Joseph.
Tytułowe anioły są tutaj, nie jako stworzenia boskie ze
skrzydłami i aureolami, ale jako istoty niewidzialne, które czuwają nad tym wieczorem, zatrzymują czas, ożywiają go swoim duchem, swoim oddechem, bez którego nic nigdy nie wydarza się na siłę. Pierwsza scena: trumna i stary rabin przy mikrofonie składa hołd zmarłej babci „Maxa, Marka, Louisa, Luka i Eryka. Eryk? To ma być żydowskie imię? Eryka. (...) Ta kobieta. Nie znałem jej. (...) Cóż, w naszym Żydowskim Domu Starców jest takich wiele, (...) Była... nie tyle osobą, ile całą rasą - tych, którzy przemierzyli ocean i przynieśli ze sobą do Ameryki wioski Rosji i Litwy; którzy poświęcali się i walczyli o nasz żydowski dom, żebyście nie dorastali tutaj, w tym dziwnym miejscu, w tym tyglu, w którym nic się nie zmieszało. (...) Nie żyjecie w Ameryce. Takiego miejsca nie ma. Jesteście ulepieni z gliny litewskiego sztetla, (...) Tak...Była ostatnim Mohikaninem". W monologu rabina (Maja Komorowska) jest wszystko: śmierć i śmiech, Bóg i rodzina, to, co dawne, i to, co nowe, realność i poezja. A także współczucie dla postaci, które są kochane, ponieważ aktorzy je kochają.
Program mówi, że starego rabina gra kobieta. Choć dla Mai Komorowskiej to właściwie jedyne wyjście na scenę, to do końca spektaklu pozostanie na krześle w pierwszym rzędzie widowni. Większość widzów zna jej nazwisko: to jedna z aktorek Grotowskiego. To dodatkowy niewidzialny anioł, czuwający tego wieczoru. (...)
Dla Warlikowskiego zwłaszcza zagmatwane sytuacje, wypracowane niepewnością, która zawsze podtrzymuje uwagę, otwarte są na różne interpretacje. W taki sposób to tłumaczy: „Moja praca zawsze polega na przekładaniu tekstu nad sytuacje, przy równoczesnym położeniu nacisku na obecność aktorów i ich cielesność. Próbuję znaleźć środki, które teatr oferuje nam dla uniknięcia realizmu, pozwalając w pełni zrozumieć wagę sytuacji. Są obrazy, których natężenie, jest dużo większe niż ich efektywna praktyka. To jest siłą teatru".
Trzeba też powiedzieć, że Warlikowski, który jest Polakiem, nie przypadkiem w 2007 roku wystawia sztukę, w której homofobia, antysemityzm i konserwatyzm religijny są sprawami nadrzędnymi. Te sześć godzin snu to nie jest „coś do podziwiania", tylko czerwone światło w samym środku rzeczywistości jego kraju.