NACHALNY BEZWSTYD

Janusz R. Kowalczyk, RZECZPOSPOLITA

"Sarah Kane uczy nas, dlaczego potrzebny jest Bóg". Tak brzmi ostatnie z kilku ostrych jak brzytwa zdań Hanny Krall, cytowanych w programie do przedstawienia. Mocno powiedziane. Problem w tym, że komuś, kto odczuwa rzeczywistą potrzebę Boga, ani sztuki Kane, ani tym bardziej przedstawienia Warlikowskiego nie są do szczęścia potrzebne. Wręcz odwrotnie.

Z siedmiu wykonawców "Oczyszczonych", tylko jedna z osób nie pokazała, jak została wyposażona przez Stwórcę. Rozbieranki są tu zresztą wyjątkowo obleśne i bez wyjątku wzbudzają odruch estetycznego sprzeciwu.
Jest to kolejna ze sztuk w przeszczepionym do nas z Zachodu nurcie "nowego brutalizmu". I nie pierwsza, bez której nasze sceny mogłyby się znakomicie obejść. Cała siła wyrazu tych utworów - u nas przyjmowanych z bałwochwalczym zachwytem, choć w ofercie zachodnich teatrów stanowią repertuarowy margines - umiejscowiona jest w niczym nieuzasadnionym, sadystycznym okrucieństwie, wulgarnym języku i brutalnym seksie.

Zaspokajanie mniej lub bardziej wynaturzonych instynktów ukazywane jest w nich zazwyczaj jako akt zniewolenia - odpychający w formie i świadomie antyestetyczny. Na samym dnie tak ujętej problematyki nieśmiało się wspomina, że stłamszeni zewnętrznymi okolicznościami bohaterowie nie mogą doświadczyć prawdziwej miłości, choć za nią tęsknią.

Dramat to głównie konflikt racji. Im jaskrawszy i bardziej kontrastowy, tym większe sprawia wrażenie. Stąd tak wysokie notowania okrucieństwa na liście środków, którymi posługiwali się teatralni twórcy z Grekami i Szekspirem włącznie. Gdzieś jednak powinny istnieć granice. Stwierdzenie, że ograniczenie czyni mistrza, pozostaje nadal aktualne. Będę się też upierał przy innym, równie niemodnym, że to, co dopuszczalne na scenie, nie powinno odbiegać od przyzwoitości. Przywołując Herberta, nazwałbym to na własny użytek kwestią smaku.

Jest rzeczą niezaprzeczalną, że każdy artysta ma prawo do własnej wizji. Warto jednak wspomnieć znamienne zdanie Tadeusza Kantora, że do teatru nie wchodzi się bezkarnie. Na scenie nie można pokazywać łatwizny i banału. Często jednak się zdarza, że poza szokującą formą - z nachalną brzydotą nagości na czele - wielu ze współczesnych twórców teatru nie ma, niestety, nic nowego do przekazania.

Estetyka szoku, podobnie jak kłamstwo, ma, moim zdaniem, krótkie nogi. Bo to jawna nieprawda, że do odmalowania współczesnego świata trzeba używać jedynie najciemniejszych barw. Życie szybko zweryfikuje tak pojętą twórczość, która mnie przypomina mało chwalebne praktyki pisania pod przyjętą z góry tezę.