Na równoległych drogach
Przemek Dziubłowski , Wojciech Lada, ŻYCIE WARSZAWY
Lider Trifonidis Free Orchestra mówi o muzyce etnicznej, scenie warszawskiej i nowej płycie „...be like a child...”. Jak utwory z niej brzmią na żywo, przekonamy się dziś w TR Warszawa.
Dziś grasz z Trifonidis Free Orchestra. Jednak to tylko jeden z twoich projektów. W styczniu usłyszymy w Warszawie jeszcze Horny Trees i Trifonidis Trio. Opowiedz o tych zespołach?
Maciej Bielawski: Aktualnie realizuję trzy główne projekty – Trifonidis Free Orchestra, Down-Town Project i Trifonidis Trio. Oczywiście wciąż działam w Horny Trees. Z pierwszym z tych składów wydaliśmy w grudniu płytę, a teraz gramy koncerty.
Down-Town z kolei będzie połączeniem muzyki improwizowanej i wideo-artu. Natomiast z moim trio zamierzam sobie wreszcie dużo poimprowizować. Chcę jeszcze zrealizować płyty z dużą orkiestrą i Tricphonix.
Mamy Trifonidis Free Orchestra. Wcześniej mieliśmy Trifonidis Orkiestrę ze znacznie szerszym, 17-osobowym składem i także płytą na koncie. Czy to dwa niezależne twory, czy też jeden, który ewoluował?
To równoległa droga – osobne projekty. Trifonidis Orchestra powstała w celu integracji środowiska, przełamywania „tego, co niemożliwe”. Wydaliśmy płytę, zagraliśmy kilkanaście dużych koncertów, nawiązały się między muzykami nowe relacje – projekty. Było mnóstwo zabawy, ale też i ciężkiej pracy. Przyszedł czas na przerwę. Trifonidis Free Orchestra to z kolei trochę doroślejszy projekt. Udało mi się zaprosić tu wielu znakomitych muzyków, tym razem również spoza granic naszego kraju.
Właśnie. W jaki sposób zetknąłeś się z Rayem Dickatym i Luisem Nubiolą? Znalezienie w Warszawie muzyków z Anglii i Kuby nie jest chyba czymś oczywistym?
Z Rayem poznał mnie Borek (twórca klubów Powiększenie i Plan B – przyp. red.), zagraliśmy kilka sesji improwizowanych i zwariowałem! Wiedziałem, że musimy kiedyś popracować razem. Luisa natomiast poznałem rok temu. Był przejazdem w Polsce, grał z moim kolegą. Później wielokrotnie surfowałem w necie i wsłuchiwałem się w to, co on wyprawia z saksofonem... To naprawdę doskonały artysta.
„...be like a child...” nagrałeś w wyjątkowo szybkim tempie. Płyta powstała w ciągu jednego dnia. Skąd ten pośpiech?
Jak to bywa przy dużych składach, sytuacja nie była prosta. Zebranie nas w tym samym czasie, zorganizowanie nagrań, praca nad płytą, wydawnictwo... To masa roboty, ale udało się. Płyta nie jest stworzona w typowy sposób. Nie mamy za sobą wielu koncertów, tras, prób. Nie było takiej możliwości. Postanowiłem, że nagramy płytę „jak dzieci” – na świeżo, nie bojąc się błędów. Z pasją! W studio spędziliśmy dziesięć godzin. Wcześniej kilka prób, rozmowy i doba miksowania u mnie w domu. Nie ustrzegliśmy się błędów, ale one mnie nawet cieszą, bo to szczere nagranie i przekazuje pewne emocje, o które mi chodziło. Pewnie po trasie nagramy drugi album... zapewne będzie zupełnie inny.
Na tym materiale słychać znacznie więcej klimatów etno. Co w muzyce świata najbardziej cię pociąga?
Wychowywałem się w Libii, w Trypolisie, i ten okres miał ogromny wpływ na moją dalszą działalność. Otoczony dźwiękami i muzyką różnych kultur, przebywając z dziećmi z innych krajów: Pakistanu, Indii, Bangladeszu, Korei,Wietnamu, Węgier, Syrii, Senegalu, USA, uczestnicząc w ich świętach, poznawałem różne tradycje.
Z kolegami konstruowałem pierwsze instrumenty z puszek po ciastkach, kół od roweru, bębnów z pralek. Dziś lubię słuchać każdej muzyki, byle w dobrym wykonaniu. Świat się rozwija, kultury już dawno się wymieszały, powstało mnóstwo nowych dźwięków.
Jesteś człowiekiem, który cementuje warszawskie środowisko muzyczne. Jak widzisz tę scenę w zderzeniu z innymi ośrodkami w Polsce?
Myślę że określenie „warszawska scena” jest już nieaktualne. Teraz mamy bardziej „polską scenę”. Muzycy krążą po całym kraju, tworzą i mieszkają w wielu miejscach. A Warszawa stała się taką bazą główną.
--
Trifonidis Free Orchestra, Siła dobrego zadęcia, „...be like a child...”, Slow Down Records
Trifonidis najwyraźniej lubi mnożyć artystyczne byty. Nic w tym złego, zwłaszcza gdy są one tej klasy co Tricphonix czy Trifonidis Orchestra. Szkoda jednak, że wraz z nimi nie mnoży też trochę pomysłów na muzykę. „...be like a child...” to płyta bardzo dobra. Jednak tylko kontynuująca wcześniejsze prace Bielawskiego.
To dość konwencjonalny jazz, zapatrzony raczej w klasyczne fusion niż w odważniejsze formy gatunku. Jego siłą jest przede wszystkim brzmienie – porywająca moc siedmiu dęciaków. Czasem uporządkowanych w podszyte etnicznym smaczkiem unisona, kiedy indziej zapędzających się w szaleńcze, freejazzowe improwizacje, zawsze jednak grających ze znakomitym, młodzieńczym nerwem.
I właśnie dla niego warto po płytę sięgnąć. Taki zastrzyk wyluzowanego, bezpretensjonalnego jazzu dobrze robi nieco przekombinowanej scenie warszawskiej.
