Jubileusz z powagą i... kpiną
Bożena Szal-Truszkowska, ZIEMIA KALISKA
(...) Na początek zobaczyliśmy głośną sztukę Doroty Masłowskiej "Między nami dobrze jest" w inscenizacji Grzegorza Jarzyny, którą warszawski Teatr Rozmaitości przygotował w koprodukcji z jedną z berlińskich scen. Rzecz o Polsce i Polakach wraz z całym bagażem naszych narodowych wad, kompleksów, lęków, fobii, urojeń i fałszywych mitów, z naszą totalnie zdezintegrowaną i zagubioną tożsamością - wystawiona została w konwencji bliskiej groteski i farsy. Mocno satyryczny, wręcz surrealistyczny obraz rzeczywistości, jest tu pokazany niejako "w stadium tworzenia". Na scenie pojawia się więc autor, który niby pisze, a właściwie to dopiero ma zamiar napisać tę sztukę. Pojawiają się wykreowane przez niego postaci, które już pomału zaczynają żyć własnym życiem, ale zaraz są odsyłane do kąta. Nawiązują się dialogi, które prowadzą donikąd. Padają przypadkowe słowa, wzajem się rozmijające; rysują się jakieś myśli, z których też nic nie wynika poza totalnym bełkotem. A wszystko to dlatego, że bohaterowie sztuki, choć stłoczeni na niewielkiej przestrzeni, tak naprawdę żyją w dość odległych wymiarach rzeczywistości. Reprezentują różne pokolenia, środowiska, doświadczenia życiowe. Mówią więc innymi językami, myślą innymi kategoriami. Nawet marzenia mają inne... Niedookreślona sceniczna przestrzeń, w której się poruszają (ów "brak-pokoju", którego nie ma, a w którym jednak się tłoczą!), nieodparcie przywodzi na myśl typową "ciasnotę mieszkaniową" z czasów PRL-u, która tutaj przekłada się na "ciasnotę umysłową". To, co dzieje się na scenie, kłębi się nie tylko w głowie scenicznego autora sztuki, ale także w głowach nas wszystkich. A najlepiej chyba oddają ów stan chorej świadomości takie słowa, jak chaos, bezhołowie, zagubienie.
Spektakl, choć gorzki i bolesny, skrzy się perełkami dowcipu i humoru. Czasem są to nośne aluzje polityczne. ("Dlaczego nasz prezydent przypomina kartofla, a premier kabaczka?" - pyta mała dziewczynka.) Czasem trafne diagnozy społeczne. Jedna z najlepszych scen to audycja radiowa, w której spiker wspomina czasy, kiedy Polska była wielka i należał do niej cały świat. A potem wrogowie zabrali jej najpierw Australię, potem Amerykę itd. - Aż kompletnie ją rozgrabili! To zresztą jedyna scena, w której bohaterowie sztuki są naprawdę razem, w nabożnym skupieniu wysłuchując wygłaszanych podniosłym tonem bzdur. Czyżby wiara w fałszywe mity i rozmiłowanie w narodowym cierpiennictwie były już ostatnimi, cienkimi i kruchymi niteczkami, które jeszcze nas łączą?
Oczywiście spektakl ma też swoje wady, jak nachalne powtarzanie niewysokiej klasy dowcipów (typu "gruba jak świnia"), czy też nadmierne eksponowanie kłopotów z tożsamością seksualną, które raczej nie należą do katalogu naszych największych problemów społecznych. (Może to ukłon w stronę widowni europejskiej?) Niemniej publiczność odbiera go znakomicie. Co stwarza nadzieję, że nauczymy się wreszcie autentycznie śmiać z naszych własnych ułomności, czego zresztą zawsze zazdrościliśmy braciom Czechom.
W aktorskim (dość wyrównanym) ansamblu prawdziwą "gwiazdą" jest bez wątpienia 95-letnia Danuta Szaflarska jako "osowiała staruszka na wózku inwalidzkim" - tak naprawdę pełna życia, wiecznie młoda i autentycznie piękna. To kreacja, która na długo pozostanie w pamięci.

