HAUST ŚWIEŻEGO POWIETRZA

Roman Pawłowski, GAZETA WYBORCZA

Czy ktoś jeszcze uważa, że Warlikowski to pornograf, a jego spektakle to przejaw seksrealizmu? Czy są jeszcze osoby zdolne twierdzić, że ten reżyser nie umie pracować z aktorami, a inscenizacje robią mu scenograf z reżyserem świateł? Zapraszam na najnowszy spektakl Warlikowskiego wyprodukowany wspólnie przez Krakowski Stary Teatr i TR Warszawa.

Premiera Kruma Hanocha Levina w Krakowie. To najlepsze dotąd przedstawienie Krzysztofa Warlikowskiego i jedno z najlepszych przedstawień zespołu Rozmaitości, który wyrasta na pierwszą kompanię teatralną w Polsce.

To teatr zrobiony przez ludzi, których nie interesują szokujące efekty, lecz docieranie do istotnej prawdy o współczesnym człowieku.

Już sam wybór tekstu jest znaczący. Izraelski pisarz Hanoch Levin, zmarły w 1999 r., był ceniony w swoim kraju nie za efektowny styl, ale za moralne przesłanie dramatów. Krum z 1975 r. nawiązuje do biblijnej przypowieści o synu marnotrawnym. Bohaterem jest trzydziestoparoletni mężczyzna, który wraca do kraju z emigracji. Oprócz brudnej bielizny w walizce nie przywozi nic - jego wyjazd do Ameryki okazał się fiaskiem.

Sztuka opowiada o świecie, w którym rozchwiane zostały wartości, takie jak małżeństwo, macierzyństwo, rodzinna więź. A jednocześnie mówi o ludziach, którzy rozpaczliwie próbują naprawić ten stan i szukają oparcia w drugim człowieku. Po raz pierwszy u Warlikowskiego pojawia się tak silny motyw tęsknoty za zwyczajnym, rodzinnym życiem, wcześniej rodzina w jego teatrze była metaforą rozbitego świata, jak w Hamlecie czy Makbecie. Bohaterowie Kruma zdolni są do największych upokorzeń, byleby przerwać samotność i założyć rodzinę.

Ci, którzy czekali na inscenizacyjne fajerwerki, zawiodą się - spektakl oparty jest na aktorze, reszta jest dodatkiem. Przestrzeń Małgorzaty Szczęśniak to długa sala otoczona lustrami weneckimi, z nierównym parkietem i kilkoma wersalkami przy ścianach. Muzyka Pawła Mykietyna brzmi jak zacięta i zapętlona gramofonowa płyta, w niektórych scenach słychać tylko trzask przeskakującej igły. Projekcje Pawła Łozińskiego maja jedynie umiejscowić akcję w krajobrazie Izraela.

Na pierwszym planie jest człowiek ze swoimi lekami i obsesjami. Od strony aktorskiej Krum to najlepsze dotąd przedstawienie Warlikowskiego i jedno z najlepszych przedstawień zespołu Rozmaitości, który wzmocniony aktorami ze Starego wyrasta na pierwszą kompanię teatralną w kraju. Dwie rzeczy składają się na ten sukces - trafna obsada i mądre prowadzenie aktorów.

To, że Stanisława Celińska powinna zagrać matkę bohatera, było oczywiste, aktorka zagrała antytezę matczynego ciepła, jej rola niesie ciężar starości i lęku przed śmiercią. Ale Redbad Klynstra jako hipochondryk Tugati czy Marek Kalita w roli Taktyka, zazdrosnego pantoflarza,który płaszczy się i upokarza przed żoną – to odkrycia.Pierwszy zaskakuje obrazem człowieka zadręczonego własnymi obsesjami, tak słabego, że każde uczucie może go zabić. Kalita gra mężczyznę śmiesznego i tragicznego zarazem, który zabiegając o kobietę, przyjmuje rolę stojaka na grzechotki i podajnika do pieluch.

Wbrew modnej tendencji grania sobą skopiowanej z telewizyjnych seriali aktorzy przechodzą tu głęboką metamorfozę. W brunetce ubranej w skórzane ciuchy sado-maso, chwiejącej się ze szklanką wódki w jednej ręce i papierosem w drugiej trudno rozpoznać Małgorzatę Hajewską-Krzysztofik, dopóki nie przemówi niskim, chropowatym głosem. Ta rola to wydarzenie - z postaci dziewczyny zwanej Dupa, beznadziejnie samotnej i zrezygnowanej, Hajewska wydobyła komizm.

Trudno rozpoznać także Maję Ostaszewską, która zgubiła wizerunek uroczej intelektualistki i jako Truda, kochanka Kruma i żona Taktyka, stała się niezbyt rozgarniętą dziewczyną zainteresowaną głównie swymi rozstępami, w które pracowicie wciera krem. Anna Radwan-Gancarczyk i Zygmunt Malanowicz zmienili się w parę sybarytów kursujących od wesela do wesela, kochających się i nienawidzących zarazem. A Danuta Stenka i Adam Nawojczyk stworzyli sugestywna karykaturę kochanków z włoskich telenowel.

Tylko Jackowi Poniedziałkowi, który gra Kruma, brakuje jeszcze paru przedstawień, aby dorównać pozostałym. Aktor z wyczuciem pokazuje zagubienie bohatera i życiową bezradność, ale nie ma w nim jeszcze świadomości klęski. Nie zmienia to faktu, że na tle polskiego aktorstwa teatralnego, które miota się między deklamacją, histerią i kopiowaniem telewizyjnego realizmu, ten spektakl jest wyjątkowy. To haust świeżego powietrza po długim biegu.