ELLMIT NIE ISTNIEJE
Dorota Mieszek, KONESER. INTERNETOWY MAGAZYN KULTURALNY
Ellmit nie istnieje. Nigdy fizycznie nie dane nam będzie przyjrzeć się tej skandynawskiej miejscowości. Egzystuje ona jednak, niejako na zasadach symbolu, który powraca w kolejnych sztukach autora ukrywającego się pod pseudonimem Ingmar Villqist. Słyszymy więc o Ellmit w "Beztlenowcach", kolejnej po "Nocy Helvera" sztuce, którą Villqist wystawia na krajowych scenach. Bo oprócz warszawskich Rozmaitości, możemy ją zobaczyć w Łodzi, gdzie Łukasz Kos wplótł treść tej jednoaktówki między inne podobne historie z całego cyklu stworzonego przez Villqista. A w lutym, w teatrze telewizji widzieliśmy jak Łukasz Barczyk homoseksualnych "Beztlenowców" przeciwstawił "Kostce smalcu z bakaliami", sztuce z lesbijkami w tle.
Pomysł scenicznych "Beztlenowców" to zwieńczenie ewolucji, której początkiem było otwarte (z udziałem publiczności) poniedziałkowe czytanie tej sztuki. Opiekę reżyserską sprawował wtedy autor, czytali ci sami aktorzy, którzy teraz grają na scenie. To było jedno z lepszych czytań w Rozmaitościach. Wyczuł to też Ingmar Villqist, który rozwinął czytanie w przedstawienie, które w Rozmaitościach miało swoją premierę na kameralnej scenie w Stolarni. Mała, duszna scena z zaciemnionymi oknami wychodzącymi na podwórko - czyż to nie idealne miejsce dla "Beztlenowców"?
Sztuka ta to kadr z życia pary gejów, którzy od niedawna tworzą związek, a chcieliby stworzyć rodzinę z dzieckiem. Życia, którego podstawą jest strach przed podjęciem ryzyka, wsparty niewiarą w to, że się uda, bo przecież wcześniej się nie udawało. Ten sześćdziesięciominutowy obrazek jednoznacznej odpowiedzi nie daje. Villqist wprawdzie kończy przedstawienie optymistycznym akordem, ale czy rzeczywiście daje pewność, że od tej chwili wszystko potoczy się gładko, że "Beztlenowce" posilone tlenem, wyjdą ze świata swoich kryjówek na światło dzienne?
Paradoksalnie atmosfera zagrożenia i niepewności przyszłego, wspólnego bytu obecna była w większym stopniu podczas czytania tej sztuki. Akcja zbudowana jest na gwałtownym dialogu i opiera się na słowie używanym na zasadzie pocisku, dlatego inne pozawerbalne elementy odbierają jej prawdziwość. Otwierane i zamykane przez Larsa (Poniedziałek) okno, deszcz bębniący o szyby, osnute dymem i czerwonym światłem apogeum napięć erotycznych między kochankami wytrącają z głównego toru przedstawienia.

