cały mrok świata

Neil Dowden, www.musicomh.com

Ocena: **** 

Wystawiona po raz pierwszy w 2000 roku, dwa lata po śmierci autorki, niepokojąca i przepełniona cierpieniem ostatnia sztuka Sary Kane staje się jeszcze bardziej poruszająca, kiedy zakończone samobójstwem życie protagonistki zlewa się w jedno z biografią dramatopisarki. Pokazywana aktualnie w Londynie w ramach Polska!Year (serii różnorodnych wydarzeń mających promować polską kulturę za granicą) wychwalana wersja 4.48 Psychosis w nowatorskim wykonaniu supernowoczesnego teatru TR Warszawa powstała w Warszawie w 2002 roku, a w 2008 pojechała na festiwal do Edynburga. Efektowny spektakl Grzegorza Jarzyny, grany po polsku z angielskimi napisami, akcentuje właśnie autobiograficzne wątki z tego klarownego dramatu rozpaczy. 

Jak wiadomo, rozwlekła proza poetycka Kane nie ma nie tylko linearnej fabuły, ale także wskazówek scenicznych i określonych bohaterów, zatem każda inscenizacja jest zupełnie innym doświadczeniem. Tak więc pierwsza realizacja z Royal Court oparta jest na trójce aktorów, zeszłoroczna z Young Vic to monodram Anamarii Marinki, a tutaj obsada składa się z siedmiorga aktorów, łącznie z dwójką niemych postaci.

W scenie otwierającej spektakl ukazuje nam się wyraźnie nieszczęśliwa młoda kobieta, która stoi na tyłach sceny i mamrocze coś nieskładnie, jak gdyby usiłowała przegonić głosy szalejące w jej głowie. Później widzimy, jak wchodzi w interakcje kolejno ze swoim partnerem, kochanką, psychiatrą i chirurgiem (a także ze swoim niemym młodszym i starszym wcieleniem), którzy poprzez przyjaźń, seks, proszki i lobotomię próbują pomóc jej przezwyciężyć samobójcze instynkty. Jednak ani ciepło wynikające z kontaktu z drugim człowiekiem, ani specjalistyczna opieka medyczna nie są w stanie przedrzeć się przez zbolałą świadomość, na której dodatkowo ciąży nienawiść do siebie samej, wściekłość, depresja i poczucie winy.

W ostatecznym akcje desperacji, opuszczona i nieosiągalna, woła o pomoc, zwracając się bezpośrednio do publiczności. Jest naga od pasa w górę i pokryta krwią, po tym, jak kilkakrotnie rzucała się na tylną ścianę. Potem następuje krótki monolog, w czasie którego oświetlona twarz kobiety stopniowo znika w mroku, aż w końcu scena pogrąża się w ciszy.

Inscenizacja Jarzyny, oparta na pozornie przypadkowym odliczaniu zwiastującym nieuchronny koniec, otwarcie i bez cienia fałszu ukazuje obraz przeszywającego bólu. Ascetyczna scenografia Małgorzaty Szcześniak z muszlami klozetowymi i umywalkami w roli głównej, z przezroczystą, plastikową, ruchomą ścianką działową oddającą poczucie uwięzienia bohaterki w świecie własnych lęków oraz projekcje Marcina Wiktorowskiego i oświetlenie Felice Ross wywołują wrażenie halucynacji. Towarzyszące im elektroniczne dźwięki autorstwa Piotra Domińskiego i Pawła Mykietyna oraz zniekształcona, gorzko ironiczna, spowolniona wersja „When I Fall In Love” skutecznie budują atmosferę niepokoju.

Niezwykle organiczna kreacja Magdaleny Cieleckiej (która grała również w nominowanym w zeszłym roku do Oskara „Katyniu”) jest kluczowym punktem wieczoru. Aktorka jest bezgranicznie oddana roli. Psychiczna i fizyczna nagość jej bohaterki, brak warstwy ochronnej niezbędnej do przetrwania, czyni ją szczególnie podatną na zranienie. Wycofując się powoli w kierunku wyjścia, kobieta przekonuje nas, że przyjęła na siebie cały mrok świata. Kurtyna na koniec nie opada, co odbiera publiczności pocieszenie i nadzieję na bezbolesny powrót do „normalności”.