BEZ TLENU ŻYĆ SIĘ NIE DA - PRZYPOMINA VILLQIST W TEATRZE ROZMAWITOŚCI
Agnieszka Duda, GAZETA STUDENCKA
Kiedy wchodzimy do Stolarni, niewielkiej sali prób, która jest w stanie pomieścić góra 40 osób, i w której spektakl się odbywa, na wprost drzwi, na środku sceny widzimy wielkie łóżko, a na nim leżącą nieruchomo z odwróconą twarzą sylwetkę mężczyzny. Gasną światła i przez moment siedzimy w ciemności, zanurzeni w sączącej się gdzieś z boku, nabierającej na sile i mimo spokojnego motywu, na wskroś przeszywającej i niepokojącej muzyce. Tak rozpoczynają się grane w Teatrze Rozmaitości już od marca 2001 roku, a mimo to nadal cieszące się niesłabnącym zainteresowaniem Beztlenowce Ingmara Villqista w reżyserii samego autora.
Jako taki Villqist nie istnieje; to pseudonim. Za nim kryje się znany i ceniony polski twórca, który nie chciał jednak, aby sztukę kojarzono z jego nazwiskiem. Natomiast Beztlenowce to jeden z sześcioczęściowego cyklu dramatów pod tym samym tytułem. Cykl opowiada o namiętności, lękach, niepokojach i pragnieniach każdego człowieka. Także takiego, jak ja, jak ty. Takiego, który mimo że nie grają mu żadne werble, mimo że na jego cześć nie wiwatują tłumy, rusza na swoje codzienne pole walki, aby wieczorem wrócić ze swoich codziennych zwycięstw i porażek. (R.L.Stevenson). Dlatego wszystko, co zobaczymy na scenie, wydaje nam się takie znajome.
Każdy, kto lubi się bawić w zgadywanie ludzkich motywacji, psychologiczne rozkładanie postaci na czynniki pierwsze, będzie zachwycony grą obydwu występujących w spektaklu aktorów – Marka Kality i Jacka Poniedziałka (właściwie w sztuce pojawia się jeszcze ktoś trzeci, ale kto, tego nie zdradzę...). Trudno powiedzieć, kiedy są bardziej wymowni; gdy prowadzą dialog czy gdy stoją w milczeniu, wpatrzeni gdzieś daleko przed siebie; nie wiadomo, czy w to co minęło, czy w to, co dopiero nadejdzie. Z papierosem w ręku.
Trwający godzinę dziesięć minut (dłużej nie dałoby się wytrzymać ciężkiej, gęstej atmosfery panującej na scenie) dramat pokazuje, że człowiek, który nie umie stać na własnych nogach, który nie szuka swojej tożsamości w sobie, który chce wypełnić pustkę i pozbyć się wewnętrznego niepokoju za pomocą drugiej osoby, który nie potrafi rozliczyć się z przeszłością, wcześniej czy później zaczyna się dusić. Brakuje mu powietrza.
Tu, w Beztlenowcach takimi ludźmi są dwaj mieszkający razem w jakimś małym holenderskim miasteczku mężczyźni. Ujęci prostotą wyrazu i innymi metodami, za pomocą których autor pokazuje czasem subtelną, kiedy indziej gwałtowną grę ludzkich uczuć, ich spektrum, zapominamy nawet zbulwersować się faktem, że bohaterowie są wspólnie wychowującą dziecko parą.

