AMERYKAŃSKIE ANIOŁY JADĄ DO AWINIONU. Z PRZESIADKĄ W WARSZAWIE
Natalia Jakubowa NIEZAWISIMAJA GAZETA
Niedawna premiera Krzysztofa Warlikowskiego została włączona do programu Festiwalu w Awinionie.
Cóż możne zrównać się ze słynnym stwierdzeniem „W Związku Radzieckim seksu nie ma"? W sztuce Tony'ego Kushnera pada takie zdanie. A właściwie, dwa. Tkwiąca w nieudanym i nieszczęśliwym małżeństwie i szpikująca się valium mormonka Harper (Maja Ostaszewska) w swoich halucynacjach spotyka transwestytę Priora (Tomasz Tyndyk). Kiedy się dowiaduje, że ten jest homoseksualistą, oświadcza „My, mormoni, nie wierzymy w homoseksualistów!" Na co obrażony Prior odpowiada: „A my, homoseksualiści, nie wierzymy w mormonów!".
Warlikowskiego, który zrealizował w TR Warszawa „Anioły w Ameryce", można śmiało krytykować za to, że wciąga publiczność w realia amerykańskie lat osiemdziesiątych. Skojarzenia z nimi może nawet brzmią w dzisiejszej Polsce prowokacyjnie i aktualnie, jednak okazują się powierzchowne, niewzmocnione dramaturgią sztuki i w końcu schodzą na plan dalszy. Mormoni nie są tożsami z katolikami, zwolennicy Reagana nie mają dużo wspólnego ze zwolennikami Kaczyńskich, brooklyńscy Żydzi nie przypominają polskich Żydów, a wspominanym w sztuce komunistom daleko do aparatczyków PRL-u. Pozostaje tu jedno pytanie - co w takim razie będzie można powiedzieć o głównej niewiadomej tego równania, czyli o gejach?
Według mnie patos spektaklu Warlikowskiego polega jednak właśnie na odkryciu, że definiować gejów drogą eliminacji (z grupy mormonów, republikanów czy Żydów) albo przyłączenia (do mormonów, republikanów albo Żydów) można tylko w malignie. Przecież jeśli określać „homoseksualistów" jako rzeczywistość wykluczającą „mormonów", to wtedy i „mormonów" trzeba określać jako rzeczywistość wykluczającą „homoseksualistów". I tak dalej. W spektaklu Warlikowskiego natomiast te i inne rzeczywistości są jakby wzajemnie poprzerastane: poprzez sen, wizje, majaczenie i poprzez swobodne przegrywanie narzuconych przez społeczeństwo gier „przyłączenia/włączenia/wykluczenia".
Tak więc dla kryptogeja (i mormona) Joego (Maciej Stuhr) wyzwoleniem okazuje się prowokacyjna paplanina na temat „czy zdarzają się homoseksualni republikanie". Paplaninę tę narzuca mu satyr z mądrymi i smutnymi oczyma - Louis (Jacek Poniedziałek, największy spośród licznych aktorskich sukcesów tego spektaklu). U Kushnera prawnik Joe spotyka informatyka Louisa w toalecie sądu federalnego: Louis daje tam upust emocjom wywołanym wiadomością, że jego partner zachorował na AIDS. Warlikowski natomiast nie tylko zakazuje swoim aktorom miotać się w histerii, ale też praktycznie pozbawia takie sceny rozpoznawalnego entourage. Wszystkie te nieustanne gry we wzajemne- i samookreślenie toczą się jakby poza czasem i przestrzenią (zastygła rolka papieru toaletowego w ręce Louisa!). Wszystko jest umowne, wszystko jest aluzyjne, wszystko istnieje na równych prawach - republikanie, rabini, widma przodków, wizje antarktycznych (!) Eskimosów. Nie należy przy tym myśleć, że polscy aktorzy zaprzedali system Stanisławskiego (tak jak nie zaprzedają szkoły Lee Strasberga ich amerykańscy współbracia, grający w filmie pod tym samym tytułem). Ale chwilami - jak na przykład w dialogu „Nie wierzymy w homoseksualistów", „Nie wierzymy w mormonów" - Warlikowski rozstawia swoich bohaterów na dwóch krańcach proscenium, przed mikrofonami, i tam zwracają się do siebie nie bezpośrednio, a jakby „poprzez salę", jakby byli dwojgiem prowadzących telewizyjny talk-show. W innej scenie bohaterowie dwóch - u Kushnera nieprzenikających się, a po prostu istniejących synchronicznie na scenie - dialogów siedzą na krzyż, jak w studio telewizyjnym, a przekazywane sobie nawzajem mikrofony miękko uwypuklają leniwe słowa o tym, że „miłość jest trudna, miłość jest ambiwalentna".
Jest w tym nie tylko ironia wobec patetycznych, a chwilami po prostu pretensjonalnych bohaterów Kushnera. W ujęciu „eterycznej przestrzeni" u Warlikowskiego jest więcej romantyzmu niż sarkazmu. Warlikowski przywraca temu pojęciu jego wzniosły sens, a jego „eter" wyrwany jakby z przestrzeni medialnych manipulacji (do której jest zewnętrznie podobny) okazuje się miejscem, gdzie spotykają się „dwie samotności". Ale jakie tam samotności - spotykają się odmienności, przeczuwają się w sobie nawzajem i rozpoznają się w sobie.
W swoich autorskich didaskaliach Kushner nakazał grać wiele epizodów symultanicznie. Jednak zamiast grać je jednocześnie w różnych krańcach sceny, Warlikowski zderza bohaterów równoległych historii niemalże oko w oko. W każdym razie wyraźnie się oni uważnie nawzajem obserwują. Nie tak, żeby na przykład, Louis i Prior byli kibicami Joego w czasie jego nieprostych wyjaśnień i rozmowy z żoną. Nie, nie ma w nich żadnej nadmiernej ekscytacji; być może oni wcale nie na tę scenę patrzą, a na coś analogicznego, co leci akurat w telewizji. Patrzą jakby obojętnie, z melancholią, jakby po prostu dlatego, że akurat teraz ten film jest na ekranie. A jednocześnie Warlikowski dał nam poznać nawyk mniejszości (mniejszości seksualnych, jak to się u nas nazywa) wyczytywania z dominującej produkcji kulturalnej własnych sensów. I pokazał też widzom coś innego: jak „heteroseksualni mormoni" (nazwiemy ich tak) zaczynają przeczuwać obecność w swojej przestrzeni tej niezrozumiałej dla nich mniejszości, zaczynają ją dla siebie na nowo konstruować. I być może, zaczynają ją rozumieć.
