A GDYBY TO WŁAŚNIE BYŁ TEATR!

Frédéric Ferney, LE FIGARO

W oddali radośnie biją dzwony. W Elsynorze świętowany jest ślub króla Klaudiusza i królowej Gertrudy, jednocześnie, zimową nocą, jesteśmy świadkami pojawienia się na zaśnieżonych murach zamku ducha zmarłego króla Hamleta. Publiczność również, rozsiana tu i tam wokół sceny, ringu ze szkła i drewna, wydaje się być zaproszona na tą smutną ceremonię, zupełnie tak, jakby ludzie ją tworzący byli niemymi i współwinnymi poddanymi tego niepewnego królestwa. Sprawa ta dotyczy nas wszystkich, wszyscy jesteśmy Duńczykami; wszyscy jesteśmy równie wystraszeni i przejęci, jak strażnicy, gdy zobaczyli zjawę.

Na podwyższonej scenie, w rytmie marzycielskiego kadryla, aktorzy tragedii mijają się w tańcu, ignorując się nawzajem, zupełnie jak tropikalne ryby pływające w akwarium. Polski reżyser Krzysztof Warlikowski łączy ze sobą kilka odległych od siebie scen utworu, według liturgii jednocześnie brutalnej i uroczystej, w stylu łączącym parodię i cudowność. Zachodzi mnóstwo zdarzeń teatralnych, w czasie których mijają chwile, sytuacje, osoby, tak jak wówczas, gdy tasuje się talię kart. Jak Warlikowski to robi, że unika przesady, onirycznej pustki, kapłańskich grymasów?

W „Hamlecie” (tak jak w „Królu Edypie”) niebo jest puste, bogowie są niemi; wszystko stanowi problem, wszystko jest pytaniem. Warlikowski nie podejmuje ryzyka, jakim jest proponowanie odpowiedzi. Nie ukrywa luk w genialnym tekście; bierze na siebie niedoskonałości.

Jesteśmy na zmianę oczarowani, zafascynowani, wzruszeni. Wszystko odbywa się tak, jak byśmy się włamywali do piwnicy (lub podświadomości) do samego dna tragedii. Nic nas nie szokuje, nawet wówczas, gdy Hamlet przedstawia się matce zupełnie nago, albo w obecności Rozencrantza trzyma flet tak, jakby ten (flet) był jego przyrodzeniem, czy to, że Klaudiusz łaskocze tłuste udo grubej Gertrudy. Wszystko staje się oczywiste; wszystko zaczyna się od nowa, wszystko jest prawdziwe.

Między innymi dzięki temu, że w pewnym stopniu odstąpiono od chronologii, a do najbardziej granej sztuki Szekspira wprowadzone zostały tak genialne poprawki. Ci polscy aktorzy są lekkoatletami duszy, akrobatami psyche, gladiatorami snu, zahartowanymi długimi podróżami do krainy wież oblężniczych i gęstych mgieł, w towarzystwie szalonych królów, karłowatych astrologów i ich mistrza, Witkiewicza. Tymi aktorami są Stanisława Celińska (Gertruda), Magdalena Cielecka (Ofelia), Jacek Poniedziałek (Hamlet), Marek Kalita (Klaudiusz). Niech będą pochwaleni - ci dziwni katolicy! W swojej ojczyźnie są popularni.

Teraz rozumiemy dlaczego.