4.48 Psychosis jest darem dla reżysera
Matt Boothman, BRITISH THEATRE GUIDE
„4.48 Psychosis” jest prawdziwym darem dla reżysera. Tekst Kane – zresztą jej ostatni – to bardziej proza poetycka niż scenariusz, całkowicie pozbawiona wskazówek scenicznych i ostro nakreślonych bohaterów: teatralna tabula rasa, do której reżyser może sam dopisać kontekst, postacie i narrację. W przypadku Grzegorza Jarzyny z polskiego zespołu TR Warszawa ta wolność twórcza jest jak miecz o dwóch ostrzach: do przesady wykorzystując ten przywilej, chwilami nie pozwala się rozwinąć najmocniejszym punktom swojej interpretacji.
Reżyser ma pomysł na każdą scenę tego polskojęzycznego przedstawienia. W jednej z nich ze stołu na podłogę strumieniem wysypują się tabletki. W innej mała dziewczynka w milczeniu naśladuje odtwórczynię głównej roli, Magdalenę Cielecką, a później, gdy Cielecka zaczyna mówić, scenę okrąża naga starsza kobieta. Te obrazy są raczej wizualnym akompaniamentem dla słów niż ich interpretacją i w efekcie odwracają uwagę od prawdziwych atutów spektaklu.
Jednym z owych atutów jest duszna, przygnębiająca atmosfera podtrzymywana głównie przez jednostajne, basowe brzęczenie i mdlące melodie z harmonizera, czyli dźwiękowe pejzaże Piotra Domińskiego. Po połączeniu tej muzyki z bladą, rozmytą paletą projektantki oświetlenia, Felice Ross, nawet sala Barbican Theatre przeznaczona dla ponad tysięcznej widowni sprawia wrażenie klaustrofobicznej.
Ale najbardziej godny uwagi jest aktorski popis Magdaleny Cieleckiej. Każdy jej skurcz, tik czy gest jest bardziej fascynujący i wymowny niż cały ten zestaw wizualnych trików i metafor.
Skrupulatnie planując samobójstwo, łapie się za brzuch i masturbacyjnie wykręca sobie ręce w kieszeniach spodni. Elokwentnie i zjadliwie wymyśla lekarzom, którzy recytują listy chemicznych środków zaradczych na jej objawy i których obwinia o swoją chorobę.
Bez zbędnej wizualnej otoczki od razu widać, że ta kobieta cierpi, ale nie użala się nad sobą. Że czuje się skrzywdzona nie tylko przez okrutne diagnozy i bezduszne etykietki, które są jej przyczepiane, ale także przez to wszystko, co dzieje się w jej wnętrzu. I że daleka od pójścia na łatwiznę, jest gotowa zrobić wszystko, by się wyzwolić.
Dopiero pod koniec spektaklu Jarzyna porzuca zwodnicze zabiegi. Delikatnie oświetlona światłem punktowym twarz Cieleckiej odcina się wtedy od mroku sceny. Interpretację ostatnich zdań Kane Jarzyna powierza recytacji i mimice swojej gwiazdy. I zaskakująco, to właśnie ten niedopowiedziany moment najbardziej oczarowuje widzów, a nie wcześniejsze, szaleńcze, ociekające krwią popisy Cieleckiej.

