„To tylko ja, druga wojna światowa”

Matthias Heine, DIE WELT

Młoda polska pisarka Dorota Masłowska stała się sławna dzięki książkom Wojna polsko-ruska pod flagą biało-czerwoną i Paw królowej. W sposób nieskrępowany opowiada tam o seksie i narkotykach. Teraz w Schaubühne miała premierę jej nowa sztuka Między nami dobrze jest.

Dorota Masłowska w swej ojczyźnie od dawna jest gwiazdą literatury. Dla polskich konserwatystów przez długi czas była jednak postrachem, bo jej książki w zbyt swobodny sposób mówiły o seksie i narkotykach – do tego w zaczerpniętym z życia młodzieży języku, który nie troszczy się o granicę między wysokim a niskim. Jednak od czasu napisania swojego drugiego dramatu, Między nami dobrze jest, została ponoć doceniona także przez tych, którzy wcześniej wypowiadali się o niej pogardliwie – takie wieści dochodzą z sąsiedniego kraju – bo na przykładzie trzech pokoleń kobiet mierzy się z traumą polskiej historii.

Jeśli to prawda, ten zwrot potwierdza przede wszystkim to, że Polacy są obok Turków najbardziej histeryczną nacją Europy – zawsze równie szybko gotowi potępiać, jak kochać – i znów na odwrót. Bo już w swojej pierwszej powieści osiemnastoletnia wówczas Masłowska opowiadała nie tylko o nocnym życiu Warszawy, ale też o „wojnie polsko-ruskiej”. I odwrotnie – Między nami dobrze jest, goszczące na festiwalu „digging deep and getting dirty” w berlińskiej Schaubühne, nie jest wcale narodową odświętną mszą, lecz satyrycznym świniobiciem, w którym Masłowska znów rysuje ponury obraz współczesnej Polski. Nowością jest jednak to, że skarykaturowana tu zostaje nie tylko pozbawiona nadziei młodzież wraz ze swoimi zdemoralizowanymi rodzicami, ale także elita kulturalna. I że język, jakim mówi w dramacie babcia, udowadnia, że dwudziestosześcioletnia obecnie Masłowska potrafi posługiwać się całkiem innymi tonami niż tylko slang młodzieżowy i internetowy.

Babcia (Danuta Szaflarska) mieszka z córką Haliną (Magdalena Kuta), pięćdziesięciolatką, która skok z komunizmu do kapitalizmu przetrwała w dość opłakanym stanie, i wnuczką, „Małą Metalową Dziewczynką” (Aleksandra Popławska) w jednopokojowym mieszkaniu. Ich życie określa przede wszystkim to, czego nie mają: „Marsz do swojego braku pokoju!” – słyszy Metalowa Dziewczynka, kiedy po raz któryś używa słowa z internetu, którego nie rozumie – może to równie dobrze być nazwisko niderlandzkiego filozofa „Sklerozy” jak coś obscenicznego. Jedynym pocieszeniem staruszki jest antysemickie radio, w którym głos spikera z namaszczeniem opowiada o przeszłości, kiedy to wszyscy ludzie byli Polakami – dopóki Polakom nie odebrano Ameryki, Afryki, Australii, Azji, a wreszcie także Niemiec i Rosji.

Komunikacja w największym stopniu istnieje między babcią a Metalową Dziewczynką, która z niedowierzaniem słucha opowieści o tym, że w Wiśle pływały kiedyś ryby, a nie tylko zużyte kondomy. Coraz wyraźniej widać, że babcię i wnuczkę łączy coś więcej niż tylko warkoczyki: „To tylko ja – druga wojna światowa”, fantazjuje Metalowa Dziewczynka. A w finale w patetycznej scenie wnuczka przybiera postać młodej babci, która czołga się po zbombardowanej przez Niemców Warszawie w poszukiwaniu chleba i zabitych krewnych.

Ale być może cała trójka to tylko postaci z jednego z nędznych filmów, które reżyser (Adam Woronowicz) kręci o polskiej współczesności – sugeruje to początkowa scena, w której odczytuje didaskalia ze swojego laptopa, jakby był to jego scenariusz. Obok reżysera pojawia się także dwójka jego głównych aktorów, intelektualistka i moderatorka talk show. To słabsze partie sztuki.

Może to wynikać z tego, że niemiecki widz nie rozumie wszystkich aluzji. Ale także w przeważającej części młoda polska publiczność w Schaubühne reagowała tu znacznie powściągliwiej niż w scenach z trzema paniami z warszawskiego bloku z wielkiej płyty. Jednak dzięki magicznej inscenizacji Grzegorza Jarzyny z ekranami wideo, na których można podwoić wszystkie postaci i wyczarować przedmioty, nawet karykatury elit zyskują romantyczny wymiar, jakiego nie miały w tekście.