„T.E.O.R.E.M.A.T” na New Zealand International Arts Festival
Laurie Atkinson, THE DOMINION POST
Muszę przyznać, że „T.E.O.R.E.M.A.T”, zainspirowany kultowym filmem „Teorema” Piera Paolo Pasoliniego z 1968 roku, jest przedstawieniem trudnym. Pewien ceniony krytyk powiedział kiedyś zgryźliwie o jego filmowym pierwowzorze, że co prawda, nie jest to najgorszy film, jaki kiedykolwiek powstał, ale „nie można zarzucić mu, że nie starał się takim zostać”.
Inny krytyk, jeszcze bardziej skonsternowany, określił ten film mianem „perwersyjnie trudnego”, ale dalej opisywał go już jako obraz „beztroski, zabawny, zapisujący się głęboko w pamięci i długo odczuwany pod skórą, choć wydawałoby się, że już dawno został zapomniany”.
Sceniczna adaptacja polskiego reżysera Grzegorza Jarzyny wiernie odtwarza fabułę filmu: to historia zamożnego fabrykanta, którego spokojne dotychczas życie zostaje wywrócone do góry nogami, gdy w jego domu pojawia się nieproszony gość i uwodzi kolejnych członków rodziny, a potem tajemniczo znika. Zniknięcie to rozsadza świat przemysłowca, jego żony, syna, córki, a nawet służącej.
Kim jest ów nieznajomy? Pasolini twierdził, że ten człowiek to hipoteza, że symbolizuje boskość i że jego film mówi o pułapce słów i dyskursów, w których wszyscy jesteśmy uwięzieni. W filmie padają podobno tylko 923 słowa. W wersji teatralnej jest ich trochę więcej (spektakl oglądamy w wersji polskiej z angielskimi napisami), ale z wyjątkiem początku i końca przedstawienia słowa nie mają tu większego znaczenia – liczą się obrazy. Reżyser miał podobno powiedzieć, że w jego spektaklu rodzina reprezentuje współczesne społeczeństwo, społeczeństwo konsumpcji.
Przedstawienie rozpoczyna się i kończy konferencją prasową, podczas której przedsiębiorca, oddawszy swoją fabrykę pracownikom w wyniku wizyty nieznajomego, odpowiada na pytania o cuda, o Boga, o kapitalizm i o moralność. Na początku jego odpowiedzi są aroganckie, z czasem jednak zmieniają się pod wpływem nieznajomego i tego, czego nasz bohater się od niego nauczył, a mianowicie, że wszyscy pobłądziliśmy.
Związek między słowami fabrykanta w czasie konferencji prasowej a pełnymi chłodu scenami z jałowego, dogorywającego życia jego rodziny wydaje mi się wątpliwy. Seks z nieznajomym, który zdaniem Pasoliniego jest metaforą, pozwala bohaterom inaczej spojrzeć na swoje życie, ale do końca nie wiadomo, dlaczego właściwie zachowują się tak, jak się zachowują.
Mimo wszystko, choć spektakl jest nieznośnie zagadkowy, jego wykonanie – inscenizacja, scenografia, oświetlenie, muzyka i gra aktorska – jest bez wątpienia wspaniałe i z pewnością na długo zostanie w mojej pamięci.

