„Mistrzowski wdzięk i niezapomniany efekt”
Peter Crawley "The Iris Times"
Film “Teoremat” Piera Paolo Pasoliniego z 1968 roku, będący poetycką krytyką burżuazyjnej pustki, doczekał się śmiałej i chwilami zaskakującej adaptacji autorstwa Grzegorza Jarzyny. Spektakl zaczyna się od człowieka, który zna odpowiedź na wszystko. Ten właściciel fabryki i, jak się wydaje, osoba publiczna, twardy przemysłowiec grany przez Jana Englerta, odpowiada na pytania dotyczące kultury, społeczeństwa i religii z pewnością, dorównującą jedynie jego pesymizmowi. Nie wierzy bowiem w żadną z tych idei.
Brak elastyczności najpewniej prowadzi do złamania. Historia, odegrana na scenie niewiele mniejszej od boiska piłkarskiego, może przedstawia zbawienie, a może potępienie rodziny bohatera, na pewno jednak jej rozpad.
Seria domowych scenek ukazuje rodzinę, która wydaje się nam tak samo urocza, bezczynna i zepsuta jak u Czechowa. W kątach czai się anarchia. Przybywa zapowiedziany, choć nieproszony gość (Sebastian Pawlak) i po kolei uwodzi wszystkich członków rodziny – służącą, brata, matkę, siostrę i ojca – nawracając ich na nowe wierzenia, jak to o seksualności Chrystusa. Potem odjeżdża, a rodzina rozpada się.
Produkcja Teatru Rozmaitości z Warszawy jest fascynująco wierna filmowi Pasoliniego, choć obejmuje także elementy z ostatniej powieści pisarza oraz ozdobniki i odniesienia autorstwa samego Jarzyny. Sztuka zachowuje wiele z ducha kontrkultury lat sześćdziesiątych XX wieku – niewiarygodnie pustą burżuazję, wiarę w poszerzający horyzonty libertynizm oraz łobuzerską postać posłańca – Angiolino Rafała Maćkowiaka zna się na rzeczy i ma ogromny urok. Wszystko przedstawiono jednak ze śmiałą, precyzyjnie wymierzoną teatralnością i poprzez kontrolowaną grę, dzięki czemu gesty nabierają bardziej symbolicznego znaczenia.
Na tle oszczędnej, modernistycznej scenografii Magdaleny Maciejewskiej oświetlenie Jacqueline Sobiszewski wyjątkowo przyciąga uwagę. Ta ascetyczność widoczna jest także w dialogach, choć produkcję wypełniają ruch, idee i motywy. Niektóre z nich pobrzmiewają echem Edypa i aluzjami do Tołstoja, inne stanowią zadziwiający wachlarz żartobliwych motywów muzycznych lub zwariowany chór ptaków na kablach telefonicznych. Sztuka chcąca podkopać aroganckie ideologie nie może trzymać się jednego stylu ani dawać pouczających odpowiedzi. Jednak jej mistrzowski wdzięk i niezapomniany efekt przynosi coś cenniejszego niż bezduszny dowód teorematu: wyłaniamy się z niej, zadając znacznie lepsze pytania.
